niedziela, 24 maja 2015

Rozdział VIII "Czuję się jak więzień. I co z tego, że nie ma krat? Kraty są we mnie, w mojej głowie."

Świeże, dość zimne powietrze uderzyło ze zdwojoną siłą Dracona, który miał wrażenie, że zaraz eksploduje ze złości. A wszystko przez tą cholerną Granger! Może i chciał jej zrobić na złość psując randkę ale w pewnym sensie wyświadczył jej przysługę. Z daleka widział, jak bardzo znudzona była towarzystwem przygłupiego McLagena. Przez chwilę nawet przeszło mu przez  głowę, że zrobił coś dobrego lecz ta dziewczyna doprowadzała go po prostu do szału. Jeszcze nikt nigdy nie wykołował go tak jak ona. Wczorajszy wieczór był błędem. Sam nie wiedział, czemu zdobył się na takie drastyczne wyznanie, w które sam nie chciał uwierzyć. Był pijany - może nie tak bardzo jak Granger, lecz wystarczająco by pleść głupoty . A ona to wykorzystała! „
„Jak rasowa ślizgonka” - ta nieproszona myśl nagle pojawiła się w jego głowie, lecz szybką ją od siebie odgonił. Była szlamą, nic nie wartą mugolaczką i musiał to zrozumieć póki naprawdę tego chciał. Prawdę powiedziawszy powoli zaczął przerażać go fakt, iż mógłby wyzbyć się wszystkich uprzedzeń. Zaśmiał się ze swoich myśli. Nic nigdy nie zmusi go do polubienia Pottera. 
- Malfoy! Malfoy, ty tleniona fretko zaczekaj! - Ledwo co powstrzymał warknięcie. Czego ona jeszcze od niego chciała? Wystarczająco już namieszała. 
Niechętnie odwrócił głowę, widząc przed sobą rozjuszoną Gryfonkę. Narzucony płaszczyk lekko spadał jej z jednego ramienia, a zaróżowione policzki dodawały uroku. Musiał przyznać, że wyglądała dość uroczo. 
- Przykro mi Granger, twój przygłup zapewne siedzi pod świńskim łbem i zapija swoje smutki. Może go jeszcze dogonisz i tym razem on będzie musiał znosić twoje pijaństwo - zakpił uśmiechając się złośliwie. 
- Och przymknij się już - mruknęła widocznie zażenowana. Doskonale widział jak kolejne rumieńce pojawiają się na jej twarzy. Zaśmiał się triumfalnie. On też potrafił wprowadzić ją w zakłopotanie. 
Wzruszył teatralnie ramionami, po czym pewnym krokiem ruszył przed siebie. Nie miał zamiaru wdawać się w dłuższe dyskusje  z Gryfonką. 
Hermiona jednak miała co do blondyna zupełnie inne plany i jednym ruchem pociągnęła go gwałtownie za rękę zaciskając na niej swoją dłoń. 
Oboje gwałtownie wciągnęli powietrze, czując przeszywający ich dreszcz.. przyjemnośći?  Jej (mimo panującego chłodu), dłoń zatknęła się z lodowatą ręką Ślizgona, który nie mógł wykrztusić z siebie żadnego słowa. 
Powietrze nagle stało się cięższe a on ledwo co mógł oddychać. To uczucie było dla niego takie… nowe i przyjemne za razem. Miał ochotę przyciągnąć dziewczynę jeszcze bliżej, a z drugiej odgonić ją od siebie jak najdalej. Ostatnimi czasy, co rusz doświadczał nowych doznań, które nie za bardzo przypadły mu do gustu. Wstrząsnął się lekko pod wpływem impulsu i dreszczy przechodzących przez jego ciało, co oczywiście zostało zauważone przez Hermionę. Jej zapał odrobinkę przygasł, gdy dostrzegła jego reakcję. Myślała, że etap obrzydzenia mają już za sobą. Przeklęła swoją głupotę w myślach. 
- Nie zachowuj się jak rozkapryszone dziecko - syknęła pod wpływem emocji, zanim zdążyła ugryźć się w język. Najgorsze co mogła teraz zrobić to jeszcze bardziej rozjuszyć szarookiego.
Malfoy spojrzał na nią kątem oka, nie ukrywając zniecierpliwienia i złości. Chyba nic się nie stanie, gdy od czasu do czasu da poznać Granger swoje negatywne uczucia wobec niej. 
- Nikt mi nie będzie mówił, jak mam się zachowywać szczególnie szlama - warknął. Poniekąd trochę dziwiła go ta sytuacja. Nie spodziewał się, iż z punktu w którym znaleźli się wczoraj dojdą do teraz. Mógł to nazwać normalnością? Szczersze w to wątpił. 
Hermiona prychnęła głośno. Może i chciała wytłumaczyć sobie wszystko z tlenionym, ale nie będzie się przed nim płaszczyć. Jej gryfońska duma dawała coraz bardziej o sobie znać, więc nie tracąc już czasu  puściła jego rękę. co Ślizgon przyjął z wyraźną ulgą. W duchu odniósł swoje własne zwycięstwo.
Przez dłuższą chwilę, mierzyli się zaciekłym wzrokiem, próbując rozszyfrować myśli swoje zagmatwane myśli.
Draco tym razem nie miał zamiaru uciekać. Szczerze powiedziawszy liczył na to, że uda mu się ponownie speszyć dziewczynę, by znowu móc zobaczyć rumieńce na jej twarzy. Przeklął w myślach. Co się z nim dzieje? 
- Słuchaj Granger, może po prostu zapomnijmy o wszystkim i zachowujmy się jak kiedyś - powiedział z wyraźną nadzieją w głosie. Już sto razy bardziej wolał wyzywać się z Gryfonkę, niż powtórzyć wydarzenia z wczorajszej nocy. Taką przynajmniej miał nadzieję.
Zdawało mu się, że przez moment na twarzy Gryfonki dostrzegł rozczarowanie lecz postanowił zignorować ten fakt. 
Brązowowłosa już otwierała buzię, by wyrazić swoje oburzenie, gdy nagle kilka rzeczy stało się równocześnie.
Potężny grzmot przeszył powietrze na wskroś, ujawniając kilkanaście czarnych smug.
Deszcz lunął wprost  na nich, a z daleka można było już usłyszeć zduszony krzyk Madame Rosmaerty. 
- Cholera - powiedzieli równocześnie. Obojgu bowiem nasuwała się ta sama odpowiedź. Śmierciożercy. 
Serce Dracona przyspieszyło a mroczny znak znowu zaczął dawać o sobie znak. 
Nie mógł nawet powstrzymać głośnego jęknięcia. Ból był nieznośny, ale z całych sił próbował go zignorować, by tylko móc zebrać ze sobą myśli i dać rozsądkowi przejąć kontrolę. 
Co tutaj się dzieje? Przecież z tego co wiedział, Voldemort nie planował w najbliższym czasie napadu na Hogsmeade. A gdyby nawet powinien zostać o tym poinformowany! Należał już przecież do najbliższego grona sprzymierzeńców Czarnego Pana.. prawda? W pewnym sensie poczuł się zawiedziony. 
Deszcz spływał powoli po jego twarzy, przyprawiając go o dreszcze przerażenie. Skoro nie był z nimi, równie dobrze mogli go zabić. Rodzina Malfoy’ów nie miała zbyt dużo sprzymierzeńców, nawet wśród śmierciożerców. Po ostatnim niepowodzeniu Lucjusza, naprawdę wątpił, by któryś z tych przygłupów nie czerpał przyjemności z torturowania jego rodziny. W dodatku był w towarzystwie szlamy, co jeszcze bardziej utrudniało sytuacje. 
W ułamku sekundy przypomniał sobie o obecności Granger, która nie była w stanie wykonać najmniejszego ruchu. Przed oczami od razu pojawiły jej się sceny sprzed kilku miesięcy. Ministerstwo, śmierć Syriusza, walka z Bellatrix. Nie mogła przeżyć tego drugi raz. Przynajmniej nie w tym momencie z Ślizgonem u boku. 
- Granger do cholery ocknij się. Nie mamy czasy, oni zaraz tu będą. - Warknął Draco, próbując odgonić od siebie czarne scenariusze. Był pewny, że gdyby Carrow zauważyłby Gryfonkę, nie przeżyłaby nawet minuty. 
Nie czekając na jej odpowiedź, pociągnął ją za rękę i pędem ruszył w stronę jedynego bezpiecznego miejsca jakie teraz przychodziło mu na myśl, Cały czas,  sprawdzając, czy Hermiona nadąża za jego tempem, skręcił gwałtownie w prawo, tym samym trafiając na opuszczoną uliczkę.Niestety, okazało się to złym pomysłem.
- O proszę, młody Malfoy również zaszczycił nas  swoją obecnością - Niski chropowaty głos wydobywający się spod złowieszczej maski, uświadomił szarookiego, że jednak nie wszystko pójdzie po jego planie. Miał ochotę wyć z bezradności i niewiedzy. Czy już nikt nie miał zamiaru informować go o poczynaniach Czarnego Pana?
- Zamknij się Dołohow - syknął, kompletnie zapominając o stojącej obok dziewczynie. Całe przerażenie natychmiast opuściło jego ciało a zamiast tego, pojawiła się istna wściekłość. Nie znosił Anotninego odkąd przyłapał go na rzucaniu Cruciatusa na Narcyzie. Doskonale mógł zobaczyć, jak jego matka wtedy cierpiała, a tak bardzo chciał jej tego oszczędzić. 
- Przydałoby ci się utemperować trochę  twój język. I tej szlamie też - zaśmiał się z wyraźną kpiną. 
Zanim którekolwiek z nastolatków zdążyło zareagować, mężczyzna wyciągnął różdżkę, by móc wycelować nią w Hermionę.W następnej chwili czerwona smuga światła pomknęła w stronę młodej czarownicy, która nawet nie była wstanie obronić swojego życia. Była zbyt przerażona, by móc zarejestrować następne wydarzenia. 
Nie wiele myśląc, Draco rzucił się pomiędzy Gryfonką a pędzącym ku niej Cruciatusem. 
- Protego! - Krzyknął natychmiast, powodując, że mała niewidoczna dla oka tarcza wystrzeliła wprost z jego różdżki, tym samym ratując życie dziewczyny. 
Dołohow przekręcił z niedowierzaniem głową. 
- Twój ojciec będzie zawiedziony twoim postępowaniem, Draco.. A w szczególności twoja matka - syknął z jadowitym uśmiechem. Tego było już za wiele dla Ślizgona. Wściekłość buzowała w każdym milimetrze ciała, co oczywiście dodało mu odwagi na dalsze postępowanie.
- Sectumsempra! - Kolejne zaklęcie padło z jego ust, tym samym zbliżając do końca cały pojedynek. 
Z ciemnej szaty powoli można było zobaczyć pojawiające się ogromne plamy krwi, która powoli mieszała się z spływającym deszczem. Czarodziej krzyknął z bólu. 
- Zapłacisz mi za to Malfoy! - Zawył, po czym w następnej chwili aportował się z miejsca wypadku. 
Blondyn odetchnął z ulgą. Przynajmniej na pewien czas miał spokój z tym parszywcem. Wiedział, iż teraz musi działać w ekspresowym tempie. Każda sekunda mogła zbliżać ich do kolejnego śmierciożercy, z którym nie poradziłby sobie tak łatwo. Przynajmniej nie teraz, gdy na karku miał Granger. 
Próbując opanować przyspieszone bicia serca, na krótką chwilę zamknął oczy, by móc się skupić.
Na oślep, przejechał delikatnie dłonią po szorstkiej ścianie.Nie używał tej kryjówki od lat. Pewnego czasu wydawała mu się nawet bezużyteczna, lecz właśnie teraz podziękował za nadopiekuńczość swojej matki. 
Po pewnym czasie, która wydawała mu się wiecznością, uśmiechnął się pod nosem.
- Aha - mruknął do siebie, wyciągając jedną z wystających cegiełek. Przekręcił ją kilka razy w drżącej z emocji ręce, szukając odpowiedniej dziurki, przypominającej klucz. Na jego szczęście, dość szybko ją zauważył. 
- Alohomora - powiedział. 
Jak na zawołanie cały mur zaczął powoli zmieniać się w staromodne z lekka zaniedbane drzwi. Bez żadnych wstępów, kopnął w nie z cały sił, by tym samym wpuścić  skołowaną Hermionę do środka. 
Gdy brązowowłosa w końcu odzyskała trochę swojego wigoru i rozsądku, jednym zwabnym krokiem przekroczyła przez próg pomieszczenia, rozglądając się na wszystkie strony.
Sam Draco jednak wydawał się być odrobinę bardziej zrelaksowany. Znał to miejsce jak drugą kieszeń, więc nie dziwił go widok starych skrzyń z winami, niefunkcjonujących już gramofonów, czy zardzewiałej maszyny do pisania. Wiedział jednak, że nie byli jeszcze całkiem bezpieczni. Znając Lucjusza zapewne musiał zdradzić starą pracownie jego pradziadka Voldemortowi. 
- Rusz się Granger - szepnął półtonem, wskazując na ubogie lustro w kącie.  Zafascynowana Gryfonka, nie odzywając się ani słowem podążyła za tlenionym, tym samym podziwiając każdy skrawek tego miejsca. 
Gdy w lustrze zamiast swojego odbicia zauważyła tylko resztę pomieszczenia, uniosła jedną brew do góry. 
Pod wpływem impulsu wyciągnęła rękę przed siebie, próbując dotknąć tajemniczego szkła, lecz Draco stanowczo odgonił ją od tego pomysłu. 
- Dotkniesz, a rozpadnie sie na milion kawałeczków - ostrzegł, na co dziewczyna od razu cofnęła dłoń. 
Szarooki westchnął cicho, ponownie wyciągając różdżkę i szepcząc tylko sobie znaną formułkę. 
W następnej chwili, świat w okół nich zawirował, a cały pokój przeistoczył się w jeszcze mniejszą i dość wąską winiarnie. 
Nie mógł powstrzymać małego prawdziwego uśmiechu na widok tego miejsca. Uwielbiał tu przychodzić. Zazwyczaj jego pradziadek zabierał go tutaj tylko wtedy gdy był pewny, iż Lucjusza nie ma w pobliżu. 
Kochał spędzać czas z nim czas, jako dziecko. Oprócz Blaise’a, to właśnie jemu najbardziej ufał. Teraz jednak, gdy Abraxas umarł, a cały swój majątek przepisał właśnie Draconowi, nie miał serca przychodzić do tego miejsca częściej niż to było konieczne.
- Jesteśmy bezpieczni - odparł w końcu.
Dopiero teraz spojrzał na brązowowłosą. Jej całe ubranie było przesiąknięte wodą, przez co dokładnie mógł lustrować zarys sylwetki Gryfonki. W myślach przyznał, iż miała całkiem niezłą figurę. Granger, jakby czytając w jego myślach spłonęła soczystym rumieńcem, przy tym próbując zakryć się letnim płaszczykiem. 
Malfoy przekręcił wymownie oczami. 
- Wszystko w porządku? - spytał, by odwrócić uwagę Hermiony od zaistniałej sytuacji. 
- Można tak powiedzieć - wykrztusiła, wypuszczając głośno powietrze. Zakręciło jej się w głowie, pod wpływem wszystkich emocji, spływającej na nią jak kubeł zimnej wody. 
Lekko zachwiała się na swoich nogach. W następnych chwili Ślizgon był już przy niej, trzymając ją za ramię. 
- Trafił Cię jakimś zaklęciem? - Spytał niedowierzając, iż mógł przegapić coś takiego. 
- Nie - uśmiechnęła się uspokajająco. Podpierając się o swojego byłego wroga oparła się o zimną ścianę. Dopiero teraz zaczęły docierać do niej istotne fakty. Śmierciożercy w Hogsmede, Malfoy ratujący jej życie, ucieczka.. 
- Co to miało być? - spytała, gdy już trochę odzyskała równowagę i stabilność. Nie mogła zebrać myśli w jedną całość. Czy Czarny Pan naprawdę byłby tak głupi by wysyłać swoich sługusów prosto w ręce auororów? 
- Nie mam pojęcia, ale Drops zapewne nie źle się wkurzy - mruknął w odpowiedzi. Prawda była taka, iż sam czuł się ogłupiony przez tą całą sytuacje. 
Na chwilę zamilkli, analizując w głowie wszystkie wydarzenia. To wydawało się tak cholernie niewiarygodne zarówno dla blondyna jak i brązowookiej. Pomyśleć, że jeszcze godzinę temu kłócili się o przygodę we Wrzeszczącej Chacie. 
- Dziękuję - cichy głos Gryfonki przerwał panującą wokół cisze.  Draco natychmiast spoważniał. 
- Nie masz za co Granger, Dołohow słynie z okrutności dla sz…mugolaków - poprawił się szybko. Jego towarzyszka spojrzała na niego zszokowana, nie umiejąc powstrzymać lekkiego uśmiechu. 
Musiała przyznać, iż zrobiło jej się miło na sercu. 
"Zapewne powiedział to tylko dlatego, gdyż nie chciał kolejny raz kłócić się o głupotę"- zgoniła się w myślach, chociaż wewnątrz nadzieja na to, że Draco Malfoy nie jest do końca złym człowiekiem wzrastała z każdą minutą. 
- Jak odkryłeś to miejsce? - szybko zmieniła temat. Nie chciała naciskać na blondyna i zmusić go do tłumaczenia się przed nią. Mimo szoku którego doznała, doskonale mogła zobaczyć wtedy gniew malujący się na jego twarzy na wzmiankę o Narcyzie. 
- Należała do mojego dziadka - odparł wzruszając lekko ramionami. - Po śmierci przepisał ją na mnie. - dodał po chwili namysłu. Mógł zauważyć jak jej mina znowu przybiera markotny wyraz. 
- Przykro mi - burknęła, sama nie wiedząc co powiedzieć. Czy naprawdę jego rodzina musi być aż tak pogmatwana i nie może mieć jednego normalnego członka? 
- Przywykłem do tego, że ważne dla mnie osoby zostają mi odebrane - powiedział, zanim zdążył ugryźć się w język. 
Sam nie wiedział, czemu mówił o tym Granger właśnie teraz. Po tym wszystkim co się stało, naprawdę wydawało mu się to dość pogmatwane. 
Hermiona wytrzeszczyła w jego stronę oczy. Czy to możliwe, by on słynny dręczyciel szlam powiedział coś tak bardzo… prywatnego? Przekręciła lekko głową, niedowierzając. 
- To co jest dla ciebie ważne, zawsze zostaje w twoim sercu - odrzekła z pełną powagą, przyglądając się z obawą jego przeklętym szarym oczom. 
Czuł się, jakby przez ułamek sekundy mogła zajrzeć do skrawka jego duszy. Te słowa dały mu wiele na myślenie, lecz nie mógł powstrzymać cichego ironicznego śmiechu. 
- W normalnych warunkach zaproponowałbym Ci któreś z tych win ale po ostatnim razie wolę nie ryzykować - zagadał, przybierając na siebie znowu maskę obojętności. 
Gryfonka zarumieniła się lekko, przypominając sobie swój bojowy taniec na stole i fakt, że na swój sposób okłamała swojego towarzysza. 
- Przepraszam, że Cię okłamałam - wydusiła z siebie, zadziwiając przy tym samą siebie - Po prostu chciałam… - nie dane jej było nawet skończyć zdania, gdyż Draco przyparł jej rękę do buzi, napierając przy tym całym swoim ciałem tak, że teraz była wręcz przyciśnięta do ściany. 
- Ćśśśś - mruknął wprost do jej ucha, wskazując na ścianę, za którą zapewne znajdowała się reszta pomieszczenia. 
Doskonale mógł usłyszeć, jak kilka śmierciożerców właśnie siłuje się z zaklęciem obronnym rzuconym na to miejsce.
- Gdzie oni są Dołohow? - warknął jeden z nich. Po głosie swierdził, iż ma do czynienia z Carrowem. 
- Przysięgam, że smarkacz wchodził tutaj z tą plugawą szlamą - odparł Antonin. Na sam dźwięk głosu mężczyzny, Malfoy miał ochotę wyjść z kryjówki i zabić go gołymi rękami.
Jedyne co go od tego powstrzymywało była Granger, która, jakby czytając w jego myślach. Spięła całe swoje ciało, patrząc na niego błagalnie. 
I wtedy dopiero zdał sobie sprawę w jakiej sytuacji się znajdują. Powietrze nagle stało się ciężkie a ich mokre ciała zdawały przylegać do siebie, jakby były specjalne dopasowane. Jego serce wywinęło fikołka wokół własnej osi. Nie mógł zrozumieć co się z nim działo, ale obecność tej dziewczyny w jego życiu nie wpływała na niego dobrze. 
Chciał przerwać ten moment - naprawdę w głębi serca miał taki zamiar, ale… nie potrafił oderwać oczu od jej pięknych brązowych tęczówek i elektryzującego ciała. Boleśnie odczuwał coraz większe budzące się w nim pożądanie i był pewny, iż jego źrenice były rozszerzone do granic możliwości.Czuł się jak po dobrej dawce mugolskich narkotyków, które miał już okazje zażyć podczas jednej z dzikich imprez u Zabiniego. 
Sam nawet nie mógł zrozumieć, swoich sprzecznych uczuć, skrywających się w nim tak głęboko, że nawet sam Czarny Pan nie mógłby ich dostrzec. Lecz teraz nie potrafił już bronić się przed czymkolwiek. 
W jednej chwili, postanowił poddać się temu nowemu i zupełnie odmiennemu uczuciu, jakie zagościło w jego sercu, by choćby przez chwilę poczuć coś więcej niż zwykłą pustkę czy cierpienie. 
Mimo panującej sytuacji uśmiechnął się pocieszająco do siebie jak i Hermiony, nieświadomie zjeżdżając wzrokiem na malinowe usta dziewczyny. Wydawało mu się to niewiarygodne z jakim tempem ich relacje zmieniały się z dnia na dzień. Kilka godzin później, gdy analizował już tą sytuacje na spokojnie, był pewny, iż po prostu go poniosło, ale właśnie w tym momencie nie potrafił już dłużej panować nad sobą. Adrenalina buzowała zarówno w nim, jak i Gryfonce, co nieznacznie dodawało im więcej odwagi, a zarazem odbierało resztę zdrowego rozsądku. 
Czy ktoś mógłby nawet o tym pomyśleć, że tuż za ścianą dwóch śmierciożerców czeka tylko i wyłącznie na ich śmierć? 
Mimo iż znajdowali się oni tuż za ścianą, czuli się, jakby byli oddaleni setki kilometrów od tego miejsca. Bo tutaj… tutaj było inaczej.Nie było podziałów, nie było zagrożenia.. przynajmniej nie w momencie, gdy znajdowali się tak blisko siebie. 
Zarówno Granger jak i Malfoy mogli wyczuć w powietrzu panujące napięcie, ale także i bezpieczeństwo. 
- Dołohow, następny razem lepiej zabij tego szczeniaka, i nie każ mi tracić mojego wolnego czasu! 
- Nie martw się Carrow. Cyzia zapłaci za nieposłuszność swojego bachora - krótka wymiana zdań dwójki sługusów  Voldemorta sprawiła, że cały czar zdarzenia prysł, tak szybko jak się pojawił. Donośny trzask zamykających się drzwi, powinien przywrócić ich do poprzedniego stanu spokoju lecz tak się nie stało. 
Draco bowiem, nie mógł nawet poruszyć się ani o milimetr. Mimo że ponownie wracała do niego świadomość zaistniałej sytuacji, nagle cały jego optymizm i pozytywne myślenie  swojej kary i matki wyparowały. Lekko rozluźnił ucisk, w którym trzymał Gryfonkę, tym samym dając jej odrobinę przestrzeni, którą mogła wykorzystać do wyrwania się Ślizgonowi. O dziwo Hermiona nie wykonała żadnych z tych czynności. Zaciekawiona, po prostu przyglądała się Draconowi, próbując odczytać jakiekolwiek objawy uczuć ilustrujących się na jego twarzy. 
Nie było to dość trudne, gdyż blondyn nie miał nawet siły ich ukryć. Strach, bezsilność a przede wszystkim troska o matkę wstrząsnęła całym jego ciałem, a w głowie kłębiło się tysiąc myśli, 
Przecież jej nie zabiją prawda? Była jego matką..Żoną Lucjusza, do cholery jasnej! Nie należała nawet do śmierciożerców, ale..to siostra Bellatrix! Nie mogą ją ukarać ponownie. Przynajmniej nie z jego winy. 
Nie panując nad sobą, gwałtownie cofnął się do tyłu, próbując opanować wzrastający w nim niepokój. Musi jak najszybciej znaleźć się w Malfoy Manor. Teraz miał okazję..dopóki wszyscy śmierciożercy znajdowali się w Hogsmede, może uda mu się… no właśnie co? Uciec? Dobre sobie. Przecież dobrowolnie poddał się Czarnemu Panu. Oczywiście zrobił to również ze względu na swoją rodzinę, lecz jakaś cząstka jego pragnęła tego z całej siły, gdy w tym samym druga, odganiała go od tego pomysły jak najdalej. Czuł buzujące w nim sprzeczne myśli, których nie mógł się pozbyć. Jęknął cicho, nie tylko z podirytowania, ale także i z bólu. Miał wrażenie, iż Mroczny Znak wypalał mu skórę. 
- Draco…Spójrz na mnie.Wszystko będzie dobrze  - niemym wzrokiem skierował swój wzrok prosto na Hermionę. W pierwszej chwili chciał przygarnąć ją do siebie, i móc poczuć w kimś wsparcie, lecz w następnej w końcu udało mu się wyrwać z opętania. 
- Nie dotykaj mnie - szepnął spokojnym, dość groźnym głosem w stronę swojej towarzyszki.  Nie miał zamiaru wciągać jej w to całe zamieszanie, a ponadto poniekąd przez nią właśnie miał kolejny problem na głowie. 
- Przepraszam. - mruknęła cofając z zażenowaniem rękę. - Chciałam cię po prostu zrozumieć. - dodała, czym zdziwiła szarookiego. Doskonale zdawał sobie sprawę, iż nawiązuje do wypowiedzi, której nie była w stanie przedtem dokończyć, lecz te słowa równie dobrze opisywały zaistniałą sytuacje. 
Prychnął pod nosem, bardziej zły na siebie niż na nią. Jak mógł dopuścić do tego wszystkiego i sprawić, że w przeciągu 2 tygodni cały jego świat powoli się staczał. 
- Nigdy ci się to nie uda Granger  i nawet nie próbuj, bo skończy się to tragicznie - warknął zirytowany, pocierając się o skronie. - Żeby stąd wyjść wystarczy rzucić Alohomorę. - dodał, po czym machnął reką, w której również i trzymał różdżkę. W następnej chwili oboje znajdowali się w pracowni dziadka Malfoy’a. 
Draco nawet nie zważając na brązowowłosą, ruszył pędem w kierunku drzwi wyjściowych. 
- Uważajna siebie - uniósł ze zdziwieniem jedną brew. Żadnego „gdzie idziesz”, „czemu mnie zostawiasz” tylko proste „uważaj na siebie”? Czy to możliwe, że Hermiona Granger właśnie to powiedziała? 
- Nie obiecuję - odpowiedział, niewiele nad tym myśląc, po czym w następnej chwili wybiegł na opustoszałą ulicę. 
- Chyba jednak podejmę to ryzyko i spróbuję cię zrozumieć, Draconie Malfoy’u.  - gdyby został chodź sekundę dłużej, zapewne usłyszałby słowa, które po cichu wypowiedziała do siebie brązowooka,  i może zrozumiałby, że nie musi w to wszystko brnąć sam.  

~*~
Malfoy Manor. Jak bardzo nienawidził tego miejsca. Zawierało one tyle bolesnych i przerażających  wspomnień, że z domowego domu, stał się salą tortur dla szlam i ludzi nieposłusznym Voldemortowi. 
Ręcę zadrżały mu na samą myśl o tym, iż ponownie spotka Czarnego Pana, lecz w następnej chwili odgonił od siebie te mroczne wizje. 
Nie mógł dopuścić, by znowu stracić kontrolę nad emocjami. Nie teraz gdy potrzebowała go jego matka. 
Znał Dołohowa, aż za dobrze i doskonale zdawał sobie sprawę jak bardzo potrafi znęcać się nad innymi. 
Prychnął pod nosem. Złość buzowała w nim niczym amfetamina, odganiając tym samym resztę zbędnych uczuć. Pewnym siebie krokiem przekroczył bramę swojego rodzinnego domu. Skrzywił się lekko, gdy z daleka usłyszał już donośny śmiech Bellatrix. Zaśmiał się cicho. Sceneria doskonale pasowała do przerażających obrazów z zakazanych ksiąg, które miał okazje przeczytać. 
Piorun strzelił tuż nad najbliższym  drzewem, a deszcz wydawał się być jeszcze gęstszy niż sprzed kilkoma minutami. 
Miał wrażenie, iż niebo zdawało się ubolewać tak samo nad tą sytuacją, jak on. 
Pomimo to nie miał zamiaru się wycofać. Dość szybko pokonał główny dziedziniec, by następnie szyfrem skomplikowanych zaklęć ( nie pomijając pokazania Mrocznego Znaku) otworzyć wielkie marmurowe drzwi. Teraz już nie było odwrotu. Musiał zrobić wszystko, by tylko nie dopuścić Antoniego do Narcyzy. Na szczęście jako dzieciak potrafił godzinami szwendać się po posiadłości, więc bez problemu znalazł skrót do prywatnej komnaty swojej matki. 
Niepewnie postawił kilka kroków, ostrożnie wchodząc do jej pokoju, który wyglądał dokładnie tak, jak kilka tygodni temu, gdy był tu ostatnim razem. 
Płótno z niedokończonym obrazem tajemniczej postaci, leżało niesfornie na biurku a porozwalane pędzle walały się po ziemi. Nie mógł powstrzymać ironicznego uśmiechu. 
Jego matka uwielbiała malować. Czasami nawet potrafiła siedzieć cały dniami i oddawać się swojej pasji. Kiedyś próbowała przekonać i Dracona, by próbował rozwijać swoje umiejętności, lecz nigdy nie kończyło się to dobrze. 
Lucjusz bowiem nie popierał tego pomysły. Ba! Uważał go wręcz za absurdalny i prostacki. Tolerował pasję żony tylko i wyłącznie dlatego, iż chciał pozbyć się jej na tak długo, jak się dało. 
Młody Malfoy natomiast, lubił podziwiać sztukę jaką tworzyła jego rodzicielka. Niektóre obrazy pod wpływem czarów ruszały się i żyły własnym życiem, inne jednak pozostawały nieruchome, oddając swoją perfekcyjność poprzez idealny dobór kolorów. O dziwo wolał czasami te zwykłe portrety, gdyż bywały bardziej realistyczne niż reszta.. Gdy spojrzeć na to z pryzmatu upływających lat, powoli zaczął mu się udzielać zapał matki, lecz ostatnimi czasy, wolał trzymać się z dala od wszystkich rzeczy, które sprawiały mu przyjemność. 
Rozglądnął się po pomieszczeniu powoli wracając do rzeczywistości. Po Narcyzie nie było śladu a z doświadczenia wiedział, iż nigdy nie zostawiała niedokończonego dzieła. 
Serce ponownie zaczęło bić mu w szaleńczym tempie. Skoro nie było jej tutaj, a Lucjusz dalej znajdował się w Hogsmede, w żadnym wypadku nie było to dobrym omenem. 
Przeklął siarczyście pod nosem. Czy chociaż teraz los nie może mu pomóc odkręcić tej sytuacji? Nie chciał, by jego matka musiała przechodzić przez katusze, bo on stanął w obronie szlamy. 
Dopiero teraz zaczął uświadamiać sobie, jak cholernie lekkomyślnie się zachował. Przecież doskonale wiedział, jak bardzo Czarny Pan nienawidził mugolaków ani osób wspierające ich powinność czarowania, tak więc żadna wymówka nie będzie wystarczająca, by wybrnąć z tego bez szwanku. Wiedział, że dzięki Dołohowi na długo zapamięta swoje bluźnierstwo. 
Nie mógł zrozumieć, dlaczego akurat się tak zachował. Przecież to Granger. Jedno zaklęcie by jej nie zaszkodziło…tak przynajmniej pomyślałby tydzień temu. Teraz miał co do tego lekkie wątpliwości, co nie zmienia faktu, że dalej był na nią zły. Nie dość, iż dziewczyna miesza w jego życiu, to na dodatek, nie umie się sama porządnie bronić. I na co jej było spędzenie 6 lat z samym Potterem, skoro nie potrafiła odeprzeć drętwoty? 
Przekręcił z niedowierzaniem głową i powolnym krokiem ponownie zszedł schodami na dół tym razem nie używając żadnych skrótów. 
Nerwowa i dość nieprzyjemna cisza, nie polepszała jego nastroju, a wręcz stresowała go jeszcze bardziej,aczkolwiek próbował zachować pełną powagę i opanowanie. Był pewien, iż nie jest tu sam, a z doświadczenia wiedział, że szalona ciotka Bellatrix lubiła zaskakiwać swoim pojawieniem się w najmniej niespodziewanej chwili. 
Jak na zawołanie burza czarnych jak smoła włosów przemknęła kilka milimetrów przed nim, skacząc i śmiejąc się dziko. 
Draco stanął jak sparaliżowany,patrząc na ciotkę z wyraźną irytacją. Losy jego matki wahały się na włosku a ta wariatka nie ma nic lepszego do roboty niż ganianie po JEGO domu? 
- Dobrze, że jesteś - powiedziała, co odrobinę skołowało blondyna , który nie był przyzwyczajony do takich zagadnień ze strony Bellatrix. Rzadkością bowiem było, by odzywała się do niego bez potrzeby. 
Skinął sztywno głową w jej stronę, próbując zachować spokój. - Na szczęście nie przegapisz całego przedstawienia - dodała, uśmiechając się szyderczo. W czarnych oczach mógł zauważyć szaleństwo jakie gościło w Lastrenge, co spowodowało, iż serce ponownie zaczęło bić w przyspieszonym tempie. 
Nie tracąc ani minuty dużej, wyminął śmierciożerczynię i pędem wpadł do salonu, gdzie zazwyczaj odbywały się główne tortury, mające na celu dostarczania rozrywki sługom Voldemorta. 
Widok jaki zastał, przyprawił go o ciarki na plecach. Zazwyczaj biała koszula Narcyzy teraz wręcz była przesiąknięta czerwoną substancją która mogła okazać się tylko i wyłącznie krwią spływającą leniwie z jej ciała. Jej łzy zaczęły mieszać się z kropelkami potu a wyraz twarzy wskazywał tylko i wyłącznie jedno; ból.. 
- Draco… - wyszeptała cicho, jakby całe siły uchodziły z nie każdym nabranym oddechem. 
Mimo iż fizycznie nic nie dolegało młodemu śmierciożercy miał wrażenie, że zaraz jego jak dotąd skamieniałe serce wyrwie się z klatki piersiowej. W jednej sekundzie miał ochotę znowu uciec byle by tylko jak najdalej stąd. Ten widok za bardzo go bolał. Wywoływał w nim tak dużo sprzecznych emocji. Od złości aż do głębokiego smutku i wyrzutów sumienia. 
To JEGO wina… tylko i wyłącznie jego. Nie musiał bronić tej cholernej Granger, nie musiał wdawać się w jej towarzystwo, ratować jej życia. Przecież nie była tego warta…prawda? A teraz jego matka, najmniej winna osoba z wszystkich tu zebranych miała na tym ucierpieć? 
Doskonale zdawał sobie z powagi sytuacji, w jakiej się znajdował. Nie mógł przecież bez namysłu rzucić się na Dołohowa, który jak gdyby nigdy nic stał nad kobietą z szyderczym uśmiechem na twarzy z uniesioną różdżką do góry. Może doszłoby do wymiany kilku zaklęć, ale koniec końców padłby martwy już po kilku minutach. Musiał myśleć trzeźwo, mimo, iż przychodziło mu to z nie lada wyzwaniem. Jego stalowe tęczówki były rozszerzone do granic możliwości a ręce trzęsły mu się niemiłosiernie pod wpływem dopadających go emocji. 
Tego właśnie nienawidził w uczuciach. Brak opamiętania ani rozumu.Działanie pod wpływem chwili. Ale…czy to czasami nie wychodziło na dobre? Czy nie powinien zaryzykować i w końcu przyjąć odpowiedzialność za swoje czyny wprost na siebie a nie obarczać nimi innych? Oczywiście, że tak. Mimo przekonania, iż Ślizgoni to nic nie warci tchórze w następnej chwili jak błyskawica wystrzelił na sam środek wielkiego salonu stając z zaciekłą miną pomiędzy Narcyzą a Dołohowem, który na wybryk młodego śmierciożercy zaśmiał się tylko parszywie. 
- Taki dobroduszny z ciebie synalek Malfoy? Najpierw szlama teraz plugawa matka? - Spytał z wyraźną kpiną w głosie. 
Do Dracona jednak ledwie co dotarły słowa wypowiedziane przez Antoniego. Wściekłość jak i adrenalina przejęła kontrolę na jego ciałem i zanim zdążył się zastanowić wypowiedział już pierwsze zaklęcie kierując różdżkę na przeciwnika. 
Krew trysnęła niczym fontanna z lewego ramienia  sprzymierzeńca Czarnego Pana, na co ten wrzasnął przeraźliwie. 
- Ty zdrajco! - ryknął, by w następnie przejąć inicjatywę pojedynku. 
Zaklęcia sypały się z każdej strony. Każdy z mężczyzn walczył zaciekle i miał na celu tylko jedno zadanie ; zabić bez litości. Blondyn całkowicie zapomniał o kontroli, zapomniał, iż tym zachowaniem jeszcze bardziej rozwścieczy Voldemorta, Lucjusza i wszystkich innych. W jego oczach liczyła się tylko i wyłącznie zemsta. Zemsta za tyle lat poniżania jego rodziny, za  używanie Cruciatusa  na Narcyzie, za próbowanie zabicia Granger… Ta ostatnia myśl jeszcze bardziej motywowała go do działania, chociaż sam nie wiedział czemu.  Pierwszy raz miał aż taka ochotę zrobić komuś krzywdę; zakończyć i tak dosyć marny żywot marionetki Sam-Wiesz-Kogo. być górą i pokazać, że JEGO zdanie też się może w jakiś sposób liczyć. 
- Avada Kedavra - Dołohow nie miał zamiaru mu odpuszczać, lecz na szczęście blondyn wykonał szybki skok w bok, tym samym unikając niewybaczalnego zaklęcia. Zaśmiał się krótko. Nie będzie zniżał się do poziomy tego gnojka. Wolał pokonać go, zdając się na dedukcję i spryt. Po chwili namysłu wycelował w wielki żyrandol mieszczący się nad nimi. 
- Bombarda Maxima - mruknął w myślach. Nagle, kiedyś bardzo drogocenny zabytek, runął z głośnym hukiem wprost na Antoniego. Draco nie zwlekając ani chwili ponownie machnął różdżką, tym samym sprawiając iż wokół śmierciożercy pojawił się ogień.
Nie zwlekając podszedł do niego i zaśmiał się szyderczo. 
Gdyby ktoś z obserwowanych mógł zobaczyć wyraz twarzy młodego Ślizgona pewnie uznałby go za szalonego i opętanego. Bellatrix mogłaby być dumna ze swojego bratanka. W tym momencie wydawał się być jej idealną kopią, służącą do zabijania i znęcania się nad innymi…. Ale czy tego właśnie chciał? Chciał być taki jak ONI? Niszczyć i krzywdzić? 
- Oczywiście, że chcesz Draco - cichy, piskliwy, ale też zarazem przerażający głos samego Lorda Voldemorta powoli przywracał go na ziemie - Zrób to… zabij go. Zasłużył sobie. Przecież znęcał się nad twoją matką… - kusił.  Pierwsze kropelki potu spowodowanym przerażeniem i paniką pojawiły się na czole chłopaka. Naprawdę chce go zabić? 
- Panie… - Antoni nie zważając na bezlitosny wzrok Tego-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać błagał o swoje życie próbując wydostać się z płomieni, które otaczały go z każdej strony. Malfoy doskonale mógł dostrzec jak bardzo śmierciożerca boi się o własną skórę, więc odzyskując odrobinę rozumu, prychnął cicho, po czym jednym machnięciem różdżki usunął płomienie z całego pomieszczenia. 
Dołohow odetchnął z ulgą, padając na kolana przed swoim mistrzem. 
-  Ten smarkacz próbował uratować szlamowatą przyjaciółkę Pottera - warknął. Blondyn miał ochotę zaśmiać mu się w twarz. Mógł się spodziewać, iż tak to się właśnie potoczy i doskonale zdawał sobie sprawę, że to jeszcze nie koniec. 
- Doszły mnie o tym już słuchy… - Voldemort westchnął głęboko, udając dogłębnie zmartwionego - Nie tolerujemy litości dla szlam, Draco - odparł w końcu, a wąskie szparki, które bardziej przypominały oczy węża zabłysły złowrogo. 
Następne co pamiętał była tylko ogarniająca go ciemność. 


~~~~

Krzyczał… Krzyczał tak głośno jak tylko potrafił. Ból rozsadzał każdą komórkę jego ciała od środka. Miał wrażenie, że płonie a wraz z nim reszta zdrowego rozsądku. Chciał poczuć… poczuć cokolwiek oprócz agonii w jakiej się znajdował. Coś, co przypomniało by mu o uczuciach innych niż strach i bezradność lecz jedyne co mu towarzyszyło była głucha pustka i własne jęki, które powoli zlewały się w ciche skomlenia. 
Wytrzyma… musi wytrzymać. Przecież go nie zabiją tak? Nie miał pojęcia ile godzin spędził tutaj próbując uporać się z bólem odczuwalnym przy nawet najmniejszym ruchu, ale kiedyś MUSZĄ go wypuścić. Nie umrze. 
”Jesteś nikim Draco” - nieproszony głos pojawił się w jego głowie - „nikim…zwykłym sługą, tak bardzo słabym” - nie mógł już wytrzymać. Chciał wrzasnąć, uciec jak najdalej ale jedyne co wydobyło się z jego gardła to krew… ciepła, lepiąca się krew, tamująca dopływ powietrza. Powoli zaczynał panikować. Brakowało mu sił, chęci, motywacji, by móc walczyć. 
Czuł, że wszystko zmierza ku końcowi. A wszystko przez…przez kogo? 
Nie mógł sobie przypomnieć. Przed oczami miał tylko parę czerwonych ślepi, przeszywające go na wskroś. Czy to wszystko działo się naprawdę? Obrazy przelatywały mu jeden za drugim, tak, iż nie umiał już odróżnić fikcji od prawdziwych wydarzeń.
Hogsmeade, Śmierciożercy, Narcyza…Granger… zaraz... Granger? Co ona ma w tym wspólnego? Nie miał przecież z nią nic do czynienia… prawda? Ostatnie wspomnienie jakie z nią miał zawierało pobyt we Wrzeszczącej Chacie. Gdy tylko próbował sobie przypomnieć dokładniejsze szczegóły, fala bólu zalewała go od nowa. Jęknął z wycieńczenia, lecz nie poddawał się. Musiał w końcu odrobinę zrozumieć daną sytuacje, w jakiej się znajdował. Poczuł jak serca zaczyna gwałtownie łomotać mu w klatce piersiowej. Jak do tego wszystkiego doszło? Czy to on zawinił? 
Oczywiście, że tak…. Chciał obronić…kogoś. Jakąś dziewczynę o przepięknych czekoladowych oczach, które doskonale zapadły mu w pamięć. Niestety nic więcej nie przychodziło mu na myśl. 
„Nie walcz, poddaj się… i tak umrzesz!”  - kolejny wrzask ponownie przywołał go na ziemię. Ten ktoś miał rację. Umrze, nie zostanie po nim nawet najmniejszy ślad. Słynny Draco Malfoy przystojny, zimny i arogancki arystokrata w końcu zakończy swój żywot, mając przed oczami tylko obraz nieznajomej, szepczącej kojącym głosem, że wszystko będzie dobrze. Wystarczy w to tylko uwierzyć. Z wysiłkiem zdobył się na krótki smutny uśmiech… a potem nie było już nic.





No to jestem! Z tej strony wasza kochana Skyler Tak jak obiecałam, nowy rozdział się ukazał i mam nadzieję, że was nie zawiodłam :) 
Chciałabym wam serdecznie podziękować za komentarze poprzednim postem. Jestem pod wrażeniem, że jeszcze ktoś tu wchodził. Z całego serca liczę na to, że będziecie nam ( dobrze słyszycie, Pola również chce wrócić na bloga ) dalej tak wytrwale towarzyszyć. 
Zmieniłam również szablon, by dodać trochę świeżości na tym blogu. 
Do szybkiego napisania :) 






niedziela, 26 kwietnia 2015

Powrót na stare śmiecie

Witam wszystkich!
Z tej strony Skyler, współzałożycielka tego bloga.
Przyznam się szczerze, że dawno mnie tu nie było. Od czasu gdy ktoś zgłosił naszą historię jako plagiat, całe chęci na pisanie dalszych rozdziałów rozpłynęły się w nicość.
Jestem świadoma również, iż wiele z was czekało na dalsze rozdziały, które jednak nigdy nie ujrzały światła dziennego.
Niedawno jednak postanowiłam zabrać się z sobie i ponownie spróbować sił w opowiadaniach dramione. Nowy blog jest, powoli zbieram czytelników. Jednym słowem : zaczynam wszystko od nowa.
Mimo to, cały czas nie mogłam pozbyć się głupiego uczucia w sercu, że nie dokończyłam historii, w którą włożyłam tyle serca.
A więc kieruje się do was.
Czy mielibyście ochotę dowiedzieć się tutaj o dalszych losach Draco i Hermiony na tym blogu? 
Jeżeli tak bardzo proszę, o zostawienie po sobie jakiegokolwiek śladu, który utwierdziłby mnie w przekonaniu, że jednak ktoś jeszcze pamięta o tej historii,  a wtedy z wielką chęcią postarałabym się dokończyć to opowiadanie. Kto wie może Pola, druga współtwórczyni również do nas powróci?
Serdecznie pozdrawiam i mam nadzieję, że niedługo znowu o mnie usłyszycie :)

sobota, 30 listopada 2013

Miniaturka "Słodka zemsta", Część 2 - "Umów się ze mną, Smith"

Hej! A więc przybywam z kolejną częścią miniaturki. Nie jest doskonała, pewnie znajdą się gdzieś błędy, za które z góry przepraszam. Trochę zaczyna się dziać, trochę się wyjaśniło... Krótka retrospekcja też się znajdzie, ale nie będę więcej zdradzać. Liczę, że ta część choć trochę się Wam spodoba. :)

Ściskam mocno i życzę miłej lektury,
Pola  

P.S. dziękuję za miłe komentarze pod poprzednią częścią miniaturki! :)
CZĘŚĆ 2
Hermionie weekend zleciał bardzo szybko. W sobotę odwiedziła Harrego i Ginny. Potter otwierając jej drzwi uznał, że kobieta pomyliła domy, a Ginny o mało nie zemdlała, gdy zobaczyła postać smukłej Granger. Dużo się u nich zmieniło. Dowiedziała się, że niedawno się zaręczyli. Bliznowaty słynął w świecie magicznym jako auror i ten, który pokonał Sam-wiesz-kogo. Weasley’ówna pracowała natomiast w Departamencie Magicznych Wypadków i Katastrof. Ruda opowiedziała im, jak jeden szaleniec pałający się czarną magią, rzucił Avadę Kedavrę na partnera kobiety, którą on darzył uczuciem. Zrobiło się głośno na ten temat. Czarnoksiężnik porwał niewiastę i zaczął uciekać, lecz Ministerstwo go dopadło.
Ich mieszkanie było dużo większe od jej. Cóż, ona i Gabe nie osiągnęli jeszcze żadnych sukcesów w zawodzie, więc jak na sytuację finansową tej dwójki, to i tak genialnie im się wiodło.
Gdy Miona opowiedziała przyjaciołom o Gabrielu, wielce się uradowali. Obiecali, że po powrocie z jego wyprawy wpadną do Granger, by go poznać.
W niedzielę udała się do Ronalda. Nadal przebywał w domostwie rodzinnym. Kiedy ujrzał w progu Hermionę, rzucił się na nią, niczym stęskniony pies. Dowiedziała się, że również pracuje jako auror, lecz nie zasłynął tak, jak Wybraniec. Prócz tego wyjawił jej, że nigdy nie przestał jej kochać, nawet gdy spotykała się z Malfoyem, a potem opuściła Hogwart. Przyznał się jednak do tego, że spotyka się przelotnie z Luną Lovegood, lecz nie darzy blondynki tak głębokim uczuciem, jak Herm. Grager wspomniawszy o swoim związku wpakowała się w niezłe kłopoty. Ronald wpadł w furię. Zrozumiał, że relacja Miony i tego mężczyzny to coś poważnego, skoro nawet razem mieszkają. Wytknął dziewczynie, że oczekiwał jej powrotu latami, a ona wróciła tu z jakimś partnerem. Poczuł się zlekceważony i dogłębnie urażony. Hermiona nie chcąc bardziej narażać się rudzielcowi, wróciła do domu.
Prócz wizyt u przyjaciół, spędziła miłe chwile ze swoim ukochanym, który bardzo ją wspierał.
I nadszedł ten cholerny poniedziałek. Od samego początku zaczął się tragicznie. Zaspała, przez co Gabriel obudził ją wypowiadając „Aguamenti” i polewając jej twarz strumieniem wody z różdżki. Gdy zszokowana wstawała z łóżka, potknęła się o walizkę i upadła na podłogę, przez co Gabriel wybuchnął niekontrolowanym śmiechem, a ona nawrzeszczała na niego. Następnie ubrała sweterek na lewą stronę. Musiała go ponownie, tym razem właściwie ubrać. W kuchni, o mało co, a szlag jasny by ją trafił, gdyż oblała się gorącą kawą. Oparzyła się i poplamiła ubiór zarazem. Pobiegła więc pospiesznie przebrać się w pierwszą lepszą sukienkę.
W mig oka, za pomocą sieci Fiuu znalazła się w departamencie. Bardzo dziwnie wyglądała, gdy jak wariatka biegła w szpilkach, o mało co nie wywracając się. Na szczęście zdołała utrzymać równowagę.
W biurze na wstępie dostała burę od szefa, za spóźnienie. Mało brakowało, a usadziłby ją w jednym pomieszczeniu z Parkinson. Na szczęście dyrektor prędko zmienił zdanie, widząc oburzenie u obu stron. Dziewczyny, prawie że dosłownie, skakały sobie do gardeł. Przydzielił więc Mionę do oddzielnego biura.
Jakby czart chciał robić jej na przekór, została zasypana stosem papierkowej roboty. Nie miała pojęcia, od czego zacząć. Pełno kartek i różnych świstków walało się po biurku. Prawie zupełnie zapomniała o niecnym planie Grace, kiedy ktoś zapukał do drzwi jej gabinetu.
Do środka wkroczył nonszalanckim krokiem Draco Malfoy. Na jego widok, zupełnie oniemiała. Myślała, że nic gorszego jej dzisiaj nie spotka, a tu taka tragedia. Nie wiedziała, co robić. Zrobiło jej się głupio w obecności blondyna. Powinna od razu powiedzieć mu, kim jest, a nie bawić się w jakieś chore gierki. To nienormalne. Wstydziła się jednak swojego występku tak bardzo, że nawet nie potrafiła spojrzeć mu w oczy. Aby nie zwracać na niego uwagi, zajęła się wypisywaniem kartotek.
-Jean! Jak podoba ci się pierwszy dzień w nowej pracy?- spytał swobodnie.
Coś ukuło Mionę w serce. Czuła się podle z tym, że go okłamuje. Ale obiecała sobie, że odegra to przedstawienie. W końcu miała do czynienia z tylko Malfoyem. Mężczyzną, który ją zranił…
-Tragicznie. Nie nadążam.- zachichotała nerwowo.
Tleniony odsunął papiery i usiadł na czarnym biurku domniemanej „Jean”. Przyglądał się jej z wyraźną fascynacją.
-Jak skończę pracę, chętnie ci pomogę.- w odpowiedzi otrzymał tylko lekki uśmieszek.- Przeprowadziłaś się tu z chłopakiem?- zaczął delikatnie wydobywać informacje.
-To mój bliski przyjaciel.- odparła klnąc na siebie w duchu.
-Ah… Może wyskoczylibyśmy gdzieś po pracy?- zaproponował z dziwnym błyskiem w oku.
Granger zawahała się. Mogłaby, ale… Gabriel dzisiaj wyjeżdża, a poza tym to ona ma przejąć nad tym kontrolę.
-Nie mam dziś czasu.- ucięła krótko.
-To może jutro?- próbował dalej.
-Może.- odparła tajemniczo.
Hermiona starała się, by wyglądać na pewną siebie, tajemniczą i z lekka nieprzystępną kobietę. Uniosła dumnie podbródek. Właśnie wzięła do ręki pióro, chcąc wypisywać faktury. Na jej nieszczęście, pechowo popchnęła łokciem filiżankę kawy, która rozlała się na raporty.
Z ust Miony wydobył się żałosny jęk. Szybko chwyciła kartki papieru, zerkając na nie z przerażeniem. Jej serduszko dudniło w zwariowanym tempie. Dopiero po chwili dotarł do niej chichot Malfoy’a. Policzki kobiety spłonęły rumieńcem. Wstydziła się. Takie upokorzenie? Akurat przy tlenionym? Spojrzała na niego morderczo.
W tej chwili nawiązali kontakt wzrokowy. Czas zatrzymał się w miejscu, a może raczej się cofnął… Przez chwilę zdawało jej się, że znajduje się w Hogwarcie i słodko przekomarza się z Ślizgonem. Jego stalowoszare oczy pochłonęły ją bez reszty. Czuła, jakby przenikał jej duszę na wylot. Każda komórka ciała kobiety pragnęła dotyku mężczyzny. Miała dziwne wrażenie, że Draco myśli o tym samym. Dostrzegła w jego spojrzeniu coś na wzór niewyobrażalnej tęsknoty i pożądania. W tamtym momencie mogłaby przysiąc, że to wrażenie jest prawdziwe. Przyjemne ciepło rozeszło się po ciele Hermiony. Wtem pomyślała, że dobrze robi udając kogoś innego. Będzie blisko Smoka, za którym tak tęskniła…
Zorientowała się, że przyglądają się sobie od dłuższej chwili. Granger odwróciła głowę. Jej wzrok spoczął na ściekającej ciurkiem kawie z biurka. Westchnęła głośno. Stwierdziła, że jej nieszczęście sięga dzisiaj zenitu.
-Spokojnie, Granger, zaraz to posprzątam.- wypalił niekontrolowanie.
Hermiona zamarła. Brunetce momentalnie podskoczyło ciśnienie. Czyżby się domyślił? Powinna być bardziej ostrożna.
Kątem oka zerknęła na blondyna. Czy „genialny plan” Grace miał się zakończyć, zanim w ogóle się zacznie?
-Przepraszam, co?- wydukała ciągle oszołomiona.
Draco wbił w nią rozkojarzone spojrzenie. Potrząsnął głową, jakby próbując wybić z niej nasuwające się obrazy. Na ponów ujrzała zobojętniałą minę Malfoy’a. Założył tę swoją maskę. Doskonale ukrył targające nim emocje. A może Mionie tylko się zdawało? Może w rzeczywistości nie okazał żadnych uczuć? Może po prostu chciała to widzieć?
-Wybacz, nie wiem, dlaczego to powiedziałem. Bardzo mi kogoś przypominasz.- rzekł tak chłodnym głosem, że Granger przeszły ciarki.- Właściwie…- zaczął zamyślonym tonem.- Jaka jest twoja tożsamość?- spytał wyraźnie zaintrygowany.
Był podejrzliwy. ZBYT podejrzliwy. Albo po prostu bała się tak bardzo, że na każdym kroku doszukiwała się jakiś oznak domyślenia.
Nie wiedzieć czemu, na myśl przyszedł jej pewien mugolski film, który oglądała u rodziców, gdy ich niedawno odwiedziła, a mianowicie „Pan i pani Smith”. Smith…
-Jean Smith.- odparła z satysfakcją, seksownie przygryzając wargę.
Tleniony nie spuszczał z niej wzroku. Zupełnie, jakby usiłował doszukać się jakiś oznak kłamstwa u kobiety. Nie przegrała tej bitwy. Udawała pewną, nieświadomą i całkowicie zrelaksowaną. Widocznie połknął haczyk, gdyż ujrzała na jego twarzy lekki zawód, lecz wmawiała sobie, że to tylko jej złudzenie; wytwór chorej wyobraźni.
Dłonie zaczęły drżeć jej z nerwów, jak galaretka. Dużo kosztowało ją to całe „przedstawienie”.
Machnęła różdżką wyczarowując bieluteńką ścierkę. Ta rzucała się na biurko, a następnie na podłogę wycierając rozlany napój. „Sprzątaczka”, która cała ociekała od płynu, podleciała do Malfoy’a i wydrzemała się nad jego głową.
Granger parsknęła śmiechem, jednak zauważając narastającą irytację mężczyzny, szybko opanowała się i wyciągnęła z torebki chusteczkę. Poderwała się z miejsca i podeszła do blondyna. Obróciła go do siebie, przy czym oparł się rękoma o biurko. Zaczęła osuszać twarz Dracona. Ekscytacja emanowała w jej sercu. Tak bardzo brakowało dziewczynie dotyku Malfoy’a, że aż uśmiechnęła się pod nosem. Wyczuła na sobie wzrok blondyna, przez co oblała się rumieńcem. Rozczochrała mężczyźnie włosy, przez co oboje się roześmiali. Przetarła mu koszulę i wyrzuciła chusteczkę do kosza.
-Dziękuję, Smith.- uśmiechnął się nonszalancko, ukazując rząd swych śnieżnobiałych zębów.
Skrzydła wyrosły jej u ramion. Zwracał się do niej po nazwisku. Uwielbiała to!
-Nie ma sprawy, Malfoy.- odparła pewnie, dając mu do zrozumienia, że załapała jego gierkę.
Nadal stali niebezpiecznie blisko siebie. Granger wróciła więc na swoje miejsce i zaczęła wypełniać faktury.
Dracon rzucił zaklęcie na raporty, które momentalnie wróciły do stanu normalności.
-Zająłem ci trochę czasu. Potem wpadnę, by ci pomóc, Smith.- zdeklarował się, po czym opuścił gabinet Hermiony.
~Draco~
Blondyn po wyjściu od Jean, wrócił prosto do biura jego i Zabiniego, którego akurat nie było w środku. Sfrustrowany oklapnął na krzesło, pocierając skronie. Wydawało mu się, że śni. Przepiękna Jean Smith zawróciła mu w głowie. Tonął w jej słodkich, czekoladowych oczach. Miał wrażenie, że odnalazł kobietę, na którą czekał całe życie. Nabrał nadziei, że ona pomoże zapomnieć mu o Hermionie Granger. Ale czy to możliwe, skoro tak łudząco ją przypominała? Może właśnie dlatego się nią zainteresował, bo doszukiwał się w niej Miony? Wszystko w tej brunetce było idealne. Odnalazł w to, czego brakowało mu przez tyle lat. Ale czy to naprawdę może być prawda?
Do biura nonszalanckim krokiem wkroczył Blaise. Rzucił się na krzesło, po czym wlał sobie do szklanki ognistej whiskey.
-Co jest, Smoku? Pansy nie dogodziła ci w łóżku?- rzucił na wejściu przyjaciel.
Malfoy prychnął, przewracając z zirytowaniem oczami.
-Ta kobieta jest niesamowita.- palnął, zanim zdążył przemyśleć wypowiadane słowa.
Diabeł spojrzał na niego z szeroko otwartymi oczami.
-Nie wierzę! Smoku, ty cholerny szczęściarzu, co za panna zawróciła ci tak w głowie?- zapytał wyraźnie zaskoczony, ale i podekscytowany.
Malfoy otrząsnął się z nasuwających się w jego głowie obrazów. Starał uśmiechać się łobuzersko, jak to zawsze miał w zwyczaju.
-Ta nowa pracownica jest nieziemska.- zaczął opowiadać.- Jej głos, uśmiech, figura i te cholernie czekoladowe oczy… Ideał.- rozmarzył się z narastającym podnieceniem.- A wiesz, co w tym wszystkim jest najdziwniejsze? Że chorobliwie przypomina mi… Granger.- dodał z namysłem, łamiącym się głosem.
Zabini spojrzał na niego z uniesionymi brwiami.
-Mówisz o tej nowej, szczupłej brunetce, która ma swój gabinet niedaleko naszego? Natknąłem się na nią… Fakt, jest świetna. Ale jeśli ona przypomina Granger, to ja jestem Weasley.- mruknął z sarkazmem.
-Ty naprawdę nie dostrzegasz tego podobieństwa?- Draco pomyślał, że może świruje i w rzeczywistości Jean wygląda zupełnie inaczej.
-Taka ślicznotka nie może się równać z Granger.- skwitował krótko Blaise, jednym susem wypijając zawartość ognistej.
-Będę pomagał jej dzisiaj przy papierkowej robocie. Mam nadzieje, że nasze relacje znacznie się pogłębią.- rzekł bardziej do siebie, niż do mulata.
-Żadna kobieta nie może się tobie oprzeć. Spokojna głowa.- odparł przyjaciel, który zabrał się za pracę.
Dracon miał nadzieję, że jego plany przebiegną pomyślnie. Ta cała Jean musiała być jego, choćby miał wypruć z siebie flaki. Żadna inna nie mogła się z nią równać. Może w końcu udałoby mu się zapomnieć o Granger?
Zaczął wypisywać faktury, przy czym pogrążył się w własnych przemyśleniach na ten temat.
~Hermiona~
Kobieta wykonywała powierzone obowiązki nienagannie; starannie i z zaangażowaniem. Dzięki pracy mogła na chwilę zapomnieć o problemach, których sobie narobiła. Oczywiste, przez głowę brunetki nie raz przeleciał obraz Malfoy’a, ale starała się to zbagatelizować.
Po wykonanych czynnościach winna była zanieść papiery do Pansy. Przekręciła wymownie oczami. Na samą myśl o tej jędzy, z twarzą Mopsa robiło jej się niedobrze.
Wyszła z biura, kręcąc kobieco biodrami. Dotarła do stanowiska sekretarki, która spiorunowała ją nienawistnym spojrzeniem.
-Trzymaj. Masz to doręczyć szefowi.- wręczyła Parkinson arkusze.
Mopsica wyraźnie się skrzywiła.
-Dracuś pewnie nie jest zadowolony z twojej posady tutaj, co szlamo?- głos Pansy przesiąknięty był odrazą i dużą dawką jadu.
O, szlag! Hermiona na śmierć zapomniała, że dawna uczennica Slytherinu zna jej prawdziwą tożsamość. Zaklęła w duchu swoją głupotę. Przez tą „istotę” wszystko wyjdzie na jaw! Co powinna zrobić? Żołądek podszedł brunetce do gardła. Taka wpadka… Nie powinna w ogóle rozpoczynać tej gry, powiedzieć Draconowi prawdę, nie słuchać się Grace… A teraz? Teraz już za późno. Musiała wyjść z tego cało i pozwolić, by plan mógł przebiec pomyślnie.
Wpadła na pewne posunięcie, lecz nie wiedziała, czy się uda.
-Draco nie ma pojęcia, kim jestem, dlatego też przyszłam do ciebie teraz.- rzekła poważnym tonem, a Pansy spojrzała na nią, jak na wariatkę.- Malfoy myśli, że jestem Jean Smith. Skoro już z nim pracuję, to chcę, by mógł zapłacić za swoje winy i poczuć to, co poczułam ja.- przerwała na moment, ale widząc jej rozgniewaną minę, kontynuowała dalej.- Rozkocham go w sobie i porzucę, a wtedy na planie będziesz mogła pojawić się ty i go pocieszysz. Przygarniesz go pod swoje skrzydła… Zaoferujesz siebie i wspólne życie. On będzie tak zraniony, że z tego skorzysta, a ty dostaniesz tego, o czym zawsze marzyłaś.- dokończyła, a wyraz twarzy Parkinson nieco się rozchmurzył, jakby nad czymś intensywnie myślała.- To co, wchodzisz w to? Musisz tylko zachować tę tajemnicę wyłącznie dla siebie.- spytała z napięciem.
Mionie wydawało się, że minęły wieki, zanim udzieliła odpowiedzi. Czas leciał tak pomału, a nerwy nie chciały jej opuścić.
-Wchodzę w to.- odparła stanowczo.- Ale skąd mam pewność, że dotrzymasz umowy? Że nie zechcesz z nim być?- spytała podejrzliwie.
-Bo mam już partnera, na którym bardzo mi zależy i nie chcę go krzywdzić. Wyrusza dziś na wyprawę, by móc odszukiwać smoki. Będę miała jakiś czas, by działać.- odpowiedziała szczerze.
Pansy splotła ręce na piersi.
-Ile potrwa te twoje „rozkochiwanie?”- drążyła dalej mopsica.
-Na tyle krótko, na ile się da.- powiedziała zdeterminowanym tonem.
Dotychczas największy wróg Granger, teraz uniósł dumnie podbródek, wyciągając do Miony dłoń.
-Umowa stoi, Granger. Jeśli jednak złamiesz umowę, zapłacisz za to.- Herm uścisnęła jej dłoń.
Wtem do biura przywędrował Blaise Zabini. Zlustrował Mionkę zaintrygowanym spojrzeniem i uśmiechnął się promiennie. Rzucił na biurko Pansy papiery, w dalszym ciągu interesując się nie czystokrwistą.
-A więc ty to Jean, tak? Witaj, jestem Blaise Zabini. Mój tleniony przyjaciel sporo o tobie opowiada.- przedstawił się, docinając Malfoy’owi.
Granger zachichotała głośno.
-Tak. Miło mi cię poznać.- posłała mu milutki uśmieszek.- A teraz przepraszam, muszę wracać do pracy.- przeprosiła, po czym zaczęła kierować się w stronę wyjścia.
Zdążyła usłyszeć jeszcze „Niezła jest ta nowa”, „Tak, żebyś jeszcze wiedział, kim naprawdę jest”, a potem wyszła. Liczyła na to, że Pansy, pomimo swojego zołzowatego charakteru, dochowa jej sekretu. W końcu mogła na tym dobrze skorzystać. Ale, jak Miona znała Dracona, to nie tknąłby Pansy nawet różdżką. Cóż, w końcu musiała zaoferować mopsicy coś w zamian, a że uwierzyła w te wybujane wizje, to już nie jej problem. Po wykonanym zadaniu prawda będzie mogła ujrzeć światło dzienne. Będzie się nawet lepiej z tym czuła. Teraz było jej dziwnie niezręcznie.
Wróciła do gabinetu, cichutko zamykając za sobą drzwi. Gdy się odwróciła, drgnęła ze strachu. Na biurku już siedział, we własnej osobie Draco Malfoy, który uśmiechał się do niej promiennie. Ciepło, począwszy od serca, rozeszło się po całym ciele kobiety. Tak bardzo cieszyła się na jego widok.
-Tak więc jestem, Smith.- rzucił na wstępie.- Mam nadzieję, że lubisz ognistą, bo ona ma zamiar nam dzisiaj towarzyszyć.- dodał, biorąc do ręki butelkę whiskey.
Hermiona zaśmiała się głośno.
-Oczywiście, że lubię. Pomaga mi od dobrych… Kilku lat.- mówiąc to usiadła za biurkiem.
-Alkoholizm?- wypalił z drwiną.
Pokiwała przecząco głową.
-Raczej załamanie nerwowe.- mruknęła, biorąc do ręki arkusz.
Chcąc wymigać się od tematu, zabrała się za wypisywanie danych. Malfoy również przysunął sobie krzesło i pomagał kobiecie w pracy. Nalał do szklanek ognistą, która rozgrzała ich ciała.
Zaczęli gawędzić, jak za starzy, dobrzy znajomi. Dowiedziała się, że ojciec tlenionego przebywa w Azkabanie, przez przynależność do Śmierciożerców. Draco też do nich należał, ale jego oczyszczono z zarzutów. Mówił, że próbował ułożyć sobie życie z Astorią Greengrass, lecz im nie wyszło. Rozstali się w zgodzie.
Ona nie mówiła mu dużo o sobie, prócz tego, że uczęszczała do szkoły we Francji, choć pochodzi z Londynu. Opowiedziała, jak wpadli z przyjaciółmi na pomysł zamieszkania w jej rodzinnych stronach.
Ani ona, ani on nie poruszali żadnych wcześniejszych wspomnień miłosnych. Szczególnie Hermiona zachowywała ostrożność, gdyż jedna pomyłka mogłaby sprawić, że prawda wyjdzie na jaw.
Po skończonej pracy wypili ostatki whiskey.
-Muszę się już zbierać. Mój przyjaciel wyjeżdża dzisiaj odszukiwać smoki i powinnam się z nim pożegnać.- wzięła swoją torebkę kierując się do wyjścia.
Draco ruszył za nią. Nim zdążyła się zorientować, mężczyzna przyparł ją do ściany. Pewnie mógł usłyszeć jej nienaturalnie szybko bijące serce. Pogładził brunetkę po policzku. Przejechał po nim z delikatnością opuszkiem kciuka.
-Dziękuję ci za ten wieczór, Smith. Z nikim lepiej mi się nie pracowało, ani… Nie spędzało czasu, od jakiś dziesięciu lat.- wyszeptał cichutko w jej stronę.
Od jakiś dziesięciu lat? Zamarła, kiedy dostrzegła żal, ale i radość w jego stalowoszarych oczach. Czyżby miał na myśli ją? Hermionę Granger?
Nie, to nie może być prawda. Zawstydzona spuściła wzrok, wyrywając się z ucisku mężczyzny. Zgasiła światło wychodząc z biura.
-Mi również było miło, Malfoy.- rzuciła na odchodne, po czym podążyła przed siebie.
Po jakiś piętnastu minutach wróciła do domu, dzięki sieci Fiuu. Spakowany Gabriel już czekał w salonie, z miną bardzo zatroskaną. Herm podeszła do niego, zawieszając mu się na szyi.
-Bądź ostrożny, bardzo cię proszę.- szepnęła cicho.
Przyciągnął ją mocniej do siebie.
-Obiecuję, Herm, że będę.- obiecał z powagą.
Do jej oczu wezbrały łzy. Mogła już więcej nie zobaczyć Gabriela, a pomimo to dla niej ważniejszy jest Malfoy?
-Wiele razem przeszliśmy. Mam nadzieję, że przetrwamy i tę próbę.- snuła Hermiona pociągając noskiem.
-Przetrwamy. Musimy.- on to po prostu wiedział, albo chciał, żeby tak było.
Oderwali się od siebie, po czym zajrzeli głęboko w oczy. Gabe wpił się w usta swojej dziewczyny.
-Tak bardzo będzie mi ciebie brakowało.- wysapał, gdy w końcu oderwali się od siebie.
Nie odpowiedziała. Przytuliła go po raz ostatni, a potem… Potem pozwoliła mu odejść. Patrzyła, jak odchodzi, klnąc siebie w duchu. Krzywdziła go, nie była dla niego wystarczająco dobra. Nigdy jej tego nie mówił, ale ona to wiedziała. Mogłaby ofiarować mu całą swoją miłość, gdyby nie Malfoy. Przez niego była jak zepsuta zabawka- naprawiona, ale nie działająca tak, jak przedtem.
A więc, czas działać. Gabriel wyruszył podążać za swoimi marzeniami, a ona została tu, przygnieciona stosem nurtujących pytań i myśli. Mogłaby tu żyć w miarę szczęśliwie- wiedząc, że jej chłopak wróci z podróży; pracując i wspinając się po szczeblach kariery; spładzając potomstwo; pozwalając sobie zapomnieć o jedynej, prawdziwej miłości jej życia- Draconie Lucjuszu Malfoy’u.
Jednym ruchem różdżki otwarła komodę. Wprost na stoliku wylądowało kilka fotografii- kobiety i tlenionego. Na jednym śmiejąca się ona, ucząca gry na fortepianie Ślizgona, który z uwagą obserwował ruchy jej delikatnych dłoni. Kolejna ruchoma fotografia pokazywała, jak Malfoy biegnie i popycha ją od tyłu, przez co przewróciła się prosto w zimny, mokry śnieg, a on zginał się ze śmiechu. Następne zdjęcie ukazywało, jak zimne ręce Dracona oplatają dziewczynę w talii, a potem wpija się w jej usta.
W oczach kobiety zakręciły się łzy. Przypomniało jej się, gdy stanął w jej obronie, przed swoim własnym ojcem…
-Malfoy, ty cholerny skubańcu, oddaj mi mój stanik!- wrzasnęła, wychylając się przez drzwi jej prywatnego dormitorium prefekta naczelnego.
Tleniony stanął w salonie, podrzucając górę bielizny. Spojrzał z łobuzerskim uśmiechem na swoją wybrankę.
-Oh, daj spokój, Granger, o wiele ładniej ci bez niego.- puścił do niej oczko.
Spiorunowała go morderczym spojrzeniem.
Myśl, że stoi tam zawinięta tylko w skąpy ręczniczek, bardzo roznamiętniała Ślizgona.
-Jeśli przez ciebie spóźnię się na zajęcia, choć o sekundę, nie będziemy się widywać i rozmawiać ze sobą przez dwa tygodnie! Ostrzegam cię!- zaszantażowała go, naprawdę zirytowana.
Zmiękł. Dwa tygodnie, bez jej wyniosłego głosiku i czekoladowych oczu? Bez długich rozmów, wygłupów i bez dotyku jej smukłego ciała? Przez to wyobrażenie zrobiło mu się słabo i widocznie zbladł. Z niezadowoleniem rzucił dziewczynie czarny, koronkowy stanik.
-Tak, o wiele lepiej.- mruknęła Gryfonka, zamykając za sobą drzwi.
Po kilku minutach wyszła z pomieszczenia, przyodziana w czerwoną bokserkę, czarne rurki i uczniowską, czarną szatę, z herbem Gryffindoru. Burza brązowych loków i słodkie, malinowe usta sprawiały, że wyglądała doprawdy uroczo. Podszedł do Gryfonki, skradając jej namiętny pocałunek. Potem oderwał się od brunetki i pogładził ją po policzku. Oboje byli tak bardzo pewni, że są dla siebie stworzeni. Przynajmniej, tak się jej zdawało…
Wyszli z pokoju, trzymając się za ręce. Przekomarzali się, idąc na lekcje. Pomimo tego, że bardzo się kochali i stali się parą, nie umieli wyzbyć się starych nawyków, takich jak docinki i szczerze? Nawet im to nie przeszkadzało, wręcz sprawiało nieukrywaną przyjemność.
Wtem zza zakrętu wyłoniła się postać, w długich blond włosach, równie tlenionych jak Dracona. Pan Lucjusz Malfoy zagrodził im drogę. Grymas nienawiści na jego twarzy, przyprawił Mionę o mdłości. Patrzył się na nią, niemalże z obrzydzeniem. Swego syna natomiast, chyba miał ochotę bardzo ukarać. Cały w czerni mężczyzna wzbudził u młodocianej pary ciarki.
-A więc to prawda? Synu, spotykasz się z tą… Szlamą, jak mniemam?- wyrecytował nienaturalnie spokojnym głosem, wręcz niebezpiecznie spokojnym.
Wydawało się, że Draco przez chwilę zawahał się nad odpowiedzią. W końcu jednak uniósł dumnie podbródek, patrząc ojcu prosto w zimne, przepełnione całkowitą pustką oczy.
-Tak, ojcze, dobrze słyszałeś. Hermiona Granger jest moją dziewczyną i kimś, z kim chcę wiązać przyszłość.- odparł dumnie, bardzo poważnym i nieugiętym tonem.
Widać, Lucjusz spodziewał się jakieś innej odpowiedzi, bo jego mina natychmiast zżęła. Nie była już taka przymilna, jak kilka sekund temu. Przeniósł na Gryfonkę wzrok, zaciskając usta w cienką szparkę.
-Radzę się pani trzymać z daleka od mego syna, panno… Granger. Nie ma dla pani miejsca w naszej CZYSTKRWISTEJ, ARYSTOKRATYCZNEJ rodzinie.- zwrócił się do brunetki swym jadowitym głosem.
Granger zarumieniła się.
-Dla nas nie liczy się status krwi. Przykro mi, panie Malfoy, lecz nie zamierzam odejść.- odrzekła wyniośle.
Jej chłopak był widocznie usatysfakcjonowany z wypowiedzianych słów. Obserwował uważnie ojca.
Twarz Lucjusza wykrzywił kwaśny uśmieszek.
-Widzę, że się nie zrozumieliśmy. Jeśli nie zechce pani odejść po dobroci, będę musiał uciec się do bardziej radykalnych metod, takich jak…- wyciągnął różdżkę, obijając ją o dłoń.
Zrobił przerwę w wypowiedzi, ale Dracon zdążył zorientować się, co zamierza jego ojciec.
Gdy Lucjusz rzucał Drętwotę w stronę Hemiony, tleniony rzucił się w jej kierunku i zielona smuga trafiła prosto w ciało Ślizgona, który zaczął zginać się z bólu.
Przerażona Granger uklękła obok swego chłopaka. Z jej oczu popłynęły strumyki łez, które spływały po zaróżowionych policzkach.
-Teraz wiecie, że nie żartuję.- wymruczał złowrogo, obserwując całą tę scenkę z niemałym rozbawieniem.
Miona odwróciła głowę w stronę wroga.
-Na Merlina, niech piekło pana pochłonie.- wysyczała z zrozumiałą nienawiścią.
Lucjusz uśmiechnął się jeszcze szerzej.
-Wy dwoje nie macie prawa być razem. Ty o tym wiesz, Draconie.- zwrócił się do syna.- Inaczej przypłacicie za to cenę.- rzucił ostatnie słowa, gdy odchodził.
Kobieta rozpłakała się, przypominając sobie to zdarzenie. Wszystko, od początku, było im przeciwne. Ale uczucia Dracona wydawały się takie prawdziwe, iż myślała, że ich miłość przetrwa wszystko. Lecz on jej nigdy nie kochał. To była czysta gra. Zakład. Nigdy nie poczuła się bardziej zraniona, niż tego wieczoru, gdy jej to uświadomił. Cała egzystencja przestała mieć dla niej znaczenie. Plany, marzenia, przyszłość Hermiony została zburzona, jednym zdarzeniem. Jednym rozstaniem. Jednym zranieniem. Przez jednego człowieka, z którym miała teraz się bardzo blisko zżyć.
~~
Minęły trzy dni, odkąd Gabriel wyruszył w wyprawę, by poszukiwać smoki. W pracy sumiennie wykonywała swoje obowiązki, w czym pomagał jej Dracon. Trzeba było mu to oddać.
Tak stało się i dziś. Przyszedł do niej, pomagając w papierkowej robocie. Przyzwyczaiła się już do tego, że się z nim widuje i okłamuje go na każdym kroku. Karciła się za to w duchu, lecz zasypiała i budziła się z myślą, by jak najprędzej go zobaczyć.
Po zakończonej pracy, do biura Granger wpadł szef, który oznajmił, że ona i Malfoy zostaną jutro po godzinach, by dopiąć niektóre sprawy na ostatni guzik. Podniecona Hermiona, oczywiście wyraziła swoją zgodę, tak jak i równie zadowolony Draco.
Kiedy mieli już wychodzić, tleniony chwycił ją za rękę i obrócił ku sobie. Chciała się już odezwać, lecz przyparł ją do ściany, uniemożliwiając jej ucieczkę. Zauważyła, że zrobił to już drugi raz, od kiedy tu pracuje. Zatonęła w stalowoszarych oczach mężczyzny, które intensywnie się w nią wpatrywały. Serce tej drobnej brunetki krajało się na myśl, że stojący przed nią Malfoy nigdy nie będzie do niej należał.
-Umów się ze mną, Smith.- szepnął melodyjnym, słodkim głosem.
Zatkało ją. Poczuła, że ciśnienie momentalnie jej podskoczyło. Nie myślała, że to pójdzie tak szybko. Już chce się z nią umówić? Czym szybciej zaczną chodzić na randki, tym szybciej zakończy się cała ta słodka zemsta.
Widząc oszołomienie kobiety, zaczął mówić dalej.
-Od wielu lat nie spotkałem kogoś takiego, jak ty. Doprawdy mnie intrygujesz. Jesteś wyjątkowa.- ciągnął dalej przyciszonym tonem.- Dlatego jeszcze raz proszę, umów się ze mną, Jean.- ponowił prośbę, niemal ją błagając.

-Dobrze. Zgadzam się, Malfoy.- zgodziła się, z łomoczącym sercem wypowiadając każde słowo.

niedziela, 27 października 2013

Miniaturka "Słodka zemsta", Część 1 - "Spotkanie po latach"

Witajcie. W końcu napisałam pierwszą część miniaturki. Ta część jest bardziej częścią wprowadzającą. Liczę jednak na to, że choć trochę was zaciekawi. Wedle przypływu weny, w kolejnych częściach zawarte będą wątki zabawne, jak i melancholijne. W poście poniżej zamieściłam spis bohaterów.Pozdrawiam wszystkich i życzę miłej lektury.Z góry przepraszam za wszystkie błędy. :)
MINIATURKA „Słodka Zemsta”
"Spotkanie po latach"
PROLOG
Młoda Gryfonka stała w pokoju blondwłosego chłopaka. Wsłuchiwała się w wypowiadane z pogardą słowa Ślizgona. Nie potrafiła uwierzyć w to, co mówił. Nie chciała w to wierzyć… Zapomniała, jak się oddycha, a nogi ugięły się pod nią. Serce waliło jak oszalałe, a gorące łzy spływały po policzkach dziewczyny. Z wściekłością chwyciła się za burzę swoich bujnych włosów. Dyszała ciężko, jak groźny pies. To nie do pojęcia… Jak on mógł jej coś takiego zrobić?
-Chcesz mi powiedzieć… Że… Że… Nic do mnie nie czujesz? Że to wszystko zakład?- głos jej się załamał.
Nie dostrzegła w oczach i postawie tlenionego nutki żalu i załamania. A może ogromnego żalu… Wierzyła tylko temu, co powiedział.
-Oczywiście. Myślałaś, że na poważnie związałbym się z szlamą? Że zhańbiłbym miano arystokrackiej rodziny Malfoyów? Jesteś idiotką, Granger.- prychnął ukazując swoją wyższość i obojętność, choć coś rozrywało go od środka. Ten cholerny ból.
-Nie wierzę… To… Dlaczego? Dlaczego ja?!- wrzasnęła z płaczem osuwając się na podłogę i opierając pod ścianę.
Draco pragnął cofnąć słowa, które powiedział, lecz wiedział, że nie mógł. Najchętniej podszedłby do niej i mocno przytulił, ale musiał zachować zimną krew… Zażegnać związek z Gryfonką, wspomnienia, uczucia do niej… Czas żyć tak jak dawniej. Przed zawarciem zakładu z Blaise’em i Nottem.
To wszystko wymknęło się z pod kontroli. Malfoy pomimo młodego wieku w niezwykły sposób przyciągał do siebie dziewczyny. Opierała mu się tylko ta jedna- Hermiona Jean Granger, która zawsze stanowiła dla niego zagadkę. Koledzy chłopaka należeli do spostrzegawczych. Więc gdy tleniony porzucił Cho Chang, znajomi podpuścili go, żeby rozkochał w sobie Granger’ównę. Na początku stanowczo zaprotestował, bo w końcu poniżyć się do tego stopnia? Spoufalać się z szlamą? Ale w końcu zmięknął… Chciał rozgryźć tę dziewczynę i udowodnić, i sobie, i kolegom, że może mieć każdą. Nawet tę dziwną Gryfonkę. W nagrodę Blaise z Nottem mieli załatwić mu wejściówkę na domówkę jednego z Puchonów.
Zrobił to, lecz nie spodziewał się, że może się w niej zakochać…
Potem było tylko gorzej. Snape o rzekomym romansie doniósł Lucjuszowi, który zabronił spotykać mu się z Granger. Inaczej, konsekwencje bycia z nią mogłyby być straszne.
- Stanowiłaś ciekawe doświadczenie, Granger. Nie ma się co łamać. Nie ty pierwsza i nie ostatnia zostałaś przeze mnie rzucona. Pozbierasz się kiedyś i pewnie zwiążesz się z Potterem. Ups, to chyba za wysoka liga… Może z wieprzlejem?- rzekł z nonszalancją, lecz nawet nie zorientował się, gdy dziewczyna wstała, podeszła i wymierzyła mu dwa razy siarczyste ciosy, w oba policzki. Z jednej i drugiej dłoni, na przemian.
-Nienawidzę cię, Malfoy. Oby to dziewczyny bawiły się w przyszłości tobą.- wysyczała dobitnie patrząc mu prosto w oczy, po czym odwróciła się na pięcie i wyszła z pokoju zatrzaskując drzwi.
Draco opadł bezwładnie na łóżko wgapiając się w sufit. Nie opuszczało go poczucie, że postąpił niesłusznie, źle. Bolało go to, że ta przygoda z Hermioną zakończyła się w taki, a nie inny sposób… Wtedy nie wiedział jednak, jak bardzo będzie mu jej brakować w przyszłości.
Piątoklasistka natomiast biegła korytarzami Hogwartu pozwalając dać upust emocjom. Nie ukrywała łez. Wbiegła do swojego dormitorium rzucając się na łoże. Serce pękło na tysiąc drobnych kawałeczków, których nie była w stanie pozbierać. Wiedziała, że nie mogła tu dłużej zostać i przez następne lata patrzeć na kolejne podboje Ślizgona.
~*~
Po tygodniu wzajemnego unikania się z Gryfonką, Draco Malfoy wszedł na śniadanie do Wielkiej Sali. Mimowolnie jego wzrok powędrował ku stołowi Gryfonów. Ujrzał doprawdy niecodzienny widok. Harry siedział bawiąc się widelcem, zupełnie osowiały. Nawet Weasley’owi nie wchodziło jedzenie, więc tylko gapił się przed siebie. Tleniony zauważył, że kogoś brakuje, a mianowicie Granger. Nie było jej koło przyjaciół, nie dyskutowała z nimi zawzięcie na różnorakie tematy, po prostu… Zniknęła. Skotłowało się w nim przeczucie, że coś tu nie gra, lecz zbagatelizował to wmawiając sobie, że nic się pewnie nie stało.
W końcu zasiadł na miejsce. Koledzy popychali go i szturchali, a Pansy stale go zagadywała. Po chwili w sali zapanowała głucha cisza. Wszyscy słuchali przemowy Dumbledora o przeniesieniu się uczennicy Gryffindoru – Hermiony Granger.
Momentalnie świat Malfoya rozpadł się na miliony drobnych kawałeczków. Wiedział już, że nic nie będzie takie, jak dawniej. Jak z nią…
CZĘŚĆ 1
-Nie wierzę, że tu wróciłam.- zachichotała odstawiając ostatni karton.
Stanęła kładąc dłonie na biodrach i zbadała wzrokiem całe mieszkanie, urządzone w nowoczesnym, mugolskim stylu. Wyłożone było czarną cegłą i szarą tapetą ścienną w salonie, natomiast kuchnia i łazienka czarnymi płytkami ściennymi. Ściany w sypialni zdobiła czerwona tapeta, a na środku stało wielkie łoże z czarnymi pościelami. W całym mieszkanku porozstawiała zdjęcia z jej najlepszymi latami szkolnymi. Świeciły się też fioletowe świeczki zapachowe, które właśnie przestawiała za pomocą różdżki.
Wtem do salonu, rześkim krokiem wkroczył pewien brunet. Jednym ruchem różdżki rozpakował z kartonu rzeczy. Pluszowy miś, zegar, bursztynowy słoik grający kołysanki, poduszki i inne przedmioty poleciały w górę, a po chwili zostały ustawione na szafkach i białych skórzanych kanapach.
Chłopak podszedł do brunetki, po czym zmysłowym ruchem objął ją w talii i wpił się w usta dziewczyny. Ta odwzajemniła pocałunek, lecz z uśmiechem odepchnęła mężczyznę od siebie. Zaczęła poprawiać mu kołnierz koszuli. Spojrzała w jego jasne oczy.
-Na pewno tego chcesz? Być tu… Ze mną?- wyszeptała niepewnie przygryzając dolną wargę.
-Wątpisz w to?- odgarnął jej kosmyk włosów za ucho.
-Wiesz, to w końcu Londyn… Trzeba podjąć pracę w Ministerstwie Magii… Są tu inni czarodzieje, to nie Francja. No i… Co jeśli nam się nie uda?- wydukała cicho spoglądając w jego oczy.
-Hermiono, nie boję się zmian, szczególnie, kiedy ty mi towarzysz. Poradzimy sobie. Uda nam się. Zobaczysz.- pogładził policzek kobiety, uśmiechając się promiennie.
-Jest w tobie tyle entuzjazmu… Nie wiem, jak poradziłabym sobie bez ciebie.- wtuliła się w bruneta mocno.
-Wiem, kochanie, że ta przeprowadzka wiele cię kosztuje, ale nie zniechęcaj się. Jesteśmy tu razem. Ułożymy sobie wszystko.- przytulił ją mocniej, jakby chcąc dać jej poczucie bezpieczeństwa.
Stali tak chwilę, aż Granger odsunęła się od Gabriela. Uśmiechnęła się słabo biorąc do ręki woreczek z proszkiem Fiuu. Pomachała nim mężczyźnie przed oczyma.
-Już czas udać się do Ministerstwa.- rzekła odwracając się na pięcie.
Podeszła do kominka wraz z Gabrielem. Chwyciła go za rękę i sypnęła proszek do kominka. Buchające płomienie zmieniły kolor na szmaragdowy. Para weszła w nie wypowiadając głośno „Ministerstwo Magii!”. Szybko zamknęli usta i oczy.
Po chwili stali już w określonym miejscu. Odkaszlnęli kilkakrotnie i unieśli powieki. Hermiona otrzepała sukienkę z kurzu, po czym ruszyła dumnie przed siebie. Przystanęła tylko na moment odwracając się do Gabriela. Szepnęła „powodzenia” i zniknęła mu z pola widzenia.
Maszerowała ze stukotem szpilek. Mijała masę ludzi, których nigdy nie widziała na oczy, albo których kojarzyła ze szkoły. W końcu dotarła do Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Ujrzała smukłą sekretarkę z twarzą mopsa. Oczywiście, nie mógł być to nikt inny, prócz Pansy Parkinson. Granger przewróciła oczami podchodząc do kobiety.
-Jestem umówiona na spotkanie z szefem.- rzuciła wyniośle.
-Oczywiście. Panna…?- domagała się danych dawnej uczennicy Gryffindoru, której Pansy nie poznała.
-Hermiona Jean Granger.- odparła, a Parkinson zamarła.
Brunetka zlustrowała Granger spojrzeniem, od góry do dołu, a potem jeszcze raz od dołu do góry. Oczom nie wierzyła. Przecież Hermiona nie mogła wyglądać tak olśniewająco pięknie. Zawsze była totalnym bezguściem. Dawna Ślizgonka przeżyła szok, pomieszany ze złością i zazdrością.
-Proszę, niech „pani” wejdzie.- warknęła złośliwie z pogardą wypowiadając „pani”.
Niezrażona Granger’ówna weszła do środka. Za biurkiem siedział starszy blondwłosy mężczyzna. Widać, że zmęczenie dawało mu się we znaki. Ciemne, podkrążone oczodoły nie przynosiły dobrego efektu. Zerknął na Mionę bystrym wzrokiem i uśmiechnął się leniwie. Przywitał się i kazał jej usiąść. Hermiona podała mu niezbędne papiery, które szybko przejrzał. Przybrał kamienny wyraz twarzy. Nie umiała wyczytać z niej jakichkolwiek emocji. W końcu zadowolony rzekł, iż Granger to idealna kandydatka i z miłą chęcią zacznie z nią współpracę. Kobieta była zszokowana, że wszystko przebiegło tak szybko. Dał jej umowę, z którą się zapoznała i podpisała. Była bardzo usatysfakcjonowana.
Miło pożegnała się z dyrektorem i opuściła biuro. Za drzwiami podskoczyła z radości, nucąc sobie pod nosem jakąś pioseneczkę. Gdy się opanowała, ujrzała drwiącą, ale i rozgniewaną minę Pansy. Hermiona lekko zarumieniła się. Mogła zachować te emocje dla siebie, lecz nie chciała dać satysfakcji dawnemu wrogowi. Uniosła dumnie podbródek i wymaszerowała z pomieszczenia.
Zobaczyła, że po lewej stronie znajduje się wejście do kuchni. Stwierdziła, że napiłaby się wody i poszła do wskazanego miejsca.
Kiedy nalewała sobie napoju, ktoś szturchnął ją za ramię. Wystraszona, niemalże podskoczyła. Instynktownie odwróciła się i w tym momencie zamarła.
Usta przybrały kształt litery „o”. Aby nie zemdleć, oparła się dłońmi o blat za nią. Chciała wierzyć, że to tylko halucynacja, sen… Zły sen. Pomrugała kilkakrotnie oczami, lecz wcale się nie obudziła. Zalała ją fala gorąca. Czuła się jak myszka, która zobaczyła kocura. To przeszło jej najśmielsze oczekiwania.
Przed nią stał perfekcyjnie zbudowany blondyn o nienaturalnej, tlenionej barwie włosów. Jego stalowoszare oczy przenikały jej duszę na wylot. Czarny ubiór idealnie kontrastował z bladą cerą mężczyzny.
To był on.
Ten, którego chciała raz na zawsze wymazać z pamięci… Pozbyć ze swojego życia.
Ten, który wyrządził jej tak wielką krzywdę…
Ten, który rozkochał ją w sobie, a potem złamał serce…
Ten, dzięki któremu zrozumiała, co to miłość…
Ten, dzięki któremu doświadczyła cierpienia…
Ten, dzięki któremu jest teraz zupełnie inną osobą…
Ten, którego nienawidziła, lecz w tym momencie nie mogła pozbyć się dziwnej iskierki radości ze swojego serca…
To on – Draco Lucjusz Malfoy.
Serce waliło jej jak szalone. Czuła, jak traci kontrolę nad swoim ciałem, które zaczynało cierpnąć. Nie miała czucia. Mało brakowało, a przewróciłaby się.
Nie wiedziała, co ma zrobić. Stresowała się jak na klasówce- przed klasówką umiała wszystko, lecz na niej nerwy wymazały wiedzę z jej pamięci. Bała się uczynić cokolwiek. To takie nierealne zobaczyć go po niecałych dziesięciu latach…
-Witam- rzekł miłym tonem.- Jesteś tu nowa?- zaczął w miarę spokojnie, wciąż mierząc ją wzrokiem.
Przełknęła głośno ślinę. Jeszcze nigdy nie znalazła się w tak pokręconej sytuacji. Zaniemówiła, więc tylko pokiwała twierdząco głową.
-Czy my się nie znamy? Naprawdę, bardzo mi przypominasz… kogoś.- spytał podejrzliwie.
Widziała zniecierpliwienie, obawę, ale jakby nadzieję w jego spojrzeniu.
Nie mogła mu się przyznać, że jest Hermioną Granger. Skoro nie pamiętał jej na tyle dobrze… Po co wracać do przeszłości?
-Wydaje mi się, że nie.- wydukała cicho.
-Ah tak…- mruknął pod nosem.- W takim razie, jestem Draco Malfoy, widocznie będziemy razem pracować.- posłał jej swój nonszalancki uśmiech, przez który ciepło rozeszło się po całym ciele kobiety.
Serce biło jej tak szybko, że nie umiała racjonalnie myśleć. Zaczynała wątpić w prawdziwość tego zdarzenia.
-A ty? Jak się nazywasz?- spytał widząc, że przez dłuższą chwilę oniemiała.
To pytanie totalnie ją skołowało. Coś w niej pękło. Łzy mimowolnie cisnęły jej się do oczu. Naprawdę nic dla niego nie znaczyła? Aż tak, żeby o niej zapomniał? W głębi duszy pragnęła wykrzyczeć mu, kim jest, jak bardzo cierpiała przez te lata, ile dla niej znaczył… W głowie Granger pojawiła się jednak niewidoczna bariera, która zabroniła to zrobić. Zdruzgotana kobieta z trudem stłamsiła w sobie silne emocje i udawała obojętną.
-Jestem Jean…- zaczęła, ale w tym momencie ktoś wszedł do kuchni.
Pospiesznie odwróciła się w stronę swojego wybawiciela i to, kogo ujrzała przyniosło jej niewyobrażalną ulgę. Kochany Gabriel stał w drzwiach uśmiechając się do Hermiony. Draco mógł niemal zobaczyć, jak mięśnie brunetki rozluźniły się i usłyszeć, jak wypuściła powietrze. Szybko podeszła do ukochanego skradając mu buziaka w policzek.
-Do zobaczenia.- rzuciła Draconowi na pożegnanie i szybko zniknęła mu z pola widzenia.
Partner wziął ją pod rękę i zaczął opowiadać o spotkaniu w Biurze Wyszukiwania i Oswajania Smoków. Granger jednak odpłynęła całkowicie z nurtem, zalegających jej głowę myśli.
Nigdy nie przypuszczała, że ponownie spotka Dracona. Wykluczała ten scenariusz od kilku lat, aczkolwiek trudno było jej pohamować marzenia o zaistniałym wydarzeniu. Ułożyła sobie życie. Ma cudownego chłopaka, który kocha ją nade wszystko i troszczy się o nią; ma dom, pracę; ukończyła szkołę… Przeszłość związaną z Malfoyem oddzieliła grubą kreską, a bynajmniej tak jej się dotychczas wydawało. Ilekroć przypominała sobie jakieś zdarzenie, związane z nim, ledwo udawało jej się powstrzymywać łzy. Nie opowiadała tego jednak Gabrielowi, gdyż nie powracała do przeszłości. Liczyła, że w końcu sama upora się z bólem, który przeszywał ją na wskroś. Grała perfekcyjnie- lepiej, niż niejedna aktorka. Tłumiła w sobie rozpacz nawet w chwilach tragicznych.
Szczerze? Ciężko było jej połapać się w dzisiejszym świecie. Czuła się jakby najlepszy i najckliwszy etap w jej życiu został zamknięty, lata temu, w Hogwarcie. Teraz? To dziwne, ale kobiecie wydawało się, że ostatnimi czasy stała z boku boku i obserwowała, co działo się z jej egzystencją. Wszystko przemijało tak szybko… Żyła z dnia na dzień czekając, aż ten dobiegnie końca. A to wszystko przez jej złamane serce.
~*~                          
Ktoś zasłonił jej oczy dłońmi. Od razu rozpoznała ten ciepły, kojący dotyk i chłód, który wzbudził u niej ciarki.
-Draco, wiem, że to ty.- zachichotała odwracając się ku chłopakowi.
Zatopiła się w stalowoszarych oczach tlenionego. Uśmiech mimowolnie zagościł na jej twarzy. Przy nikim nie czuła się bezpieczniej i bardziej radośnie, niż przy nim.
Tego dnia był jednak jakiś nieswój. Dostrzegła w jego spojrzeniu jakby ból, który rozrywał go gdzieś od środka. Pogładziła delikatnie jego policzek.
-Coś się stało?- spytała cichutko, jakby bojąc się odpowiedzi.
Wziął jej dłoń w swoją, po czym zaczął jeździć po niej palcem. Wbił w nią wzrok i przez chwilę milczał.
-Wiesz, różnie to bywa. Pewnego dnia może zabraknąć mnie koło ciebie… Nigdy nie wiadomo, kiedy Sama-wiesz-kto rozpęta piekło w Hogwarcie. Ale wiesz?- tutaj przypatrzył się uważnie twarzy Miony.- Moja wymarzona małżonka ma piękne, duże oczy o kolorze czekolady, tak słodkiej i prawdziwej, że można w niej utonąć. Jej wargi są wyraziste i kształtne oraz idealnie pasują do moich. Nosek jest mały i zgrabny. I nie idzie pomylić jej z nikim innym, przez charakterystyczną burzę brązowych włosów. Zawsze nad swoje życie stawia innych. I chcę, aby ta właśnie osoba wiedziała, że naprawdę, bardzo, ale to bardzo ją kocham. Cokolwiek się wydarzy…- wyszeptał.
Przyjemne ciepło rozeszło się po ciele Gryfonki. Zanim zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, bądź też wydać z siebie jakikolwiek dźwięk, jego usta przyległy do jej, po czym zatopili się w namiętnym pocałunku. Objął ją w talii i mocniej przytulił do siebie. Pragnęła, aby ta chwila trwała wiecznie.
~*~
Wierzyła Malfoy’owi. Każde słowo, każdy gest uważała za niepodważalną prawdę. Pragnęła spędzić z nim resztę życia. Nie obchodziło ją, że różni ich status krwi, rodziny i domy, gdyż on był dla niej całym światem i zrobiłaby wszystko, by mogli być razem. Potem jego słowa okazały się obłudnym kłamstwem… Ciężko przechodziła przez tę sytuację. Nawet w nowej szkole ledwo sobie radziła. Przyzwyczaiła się do obecności Ślizgona, przez co cholernie jej go brakowało. Lubiła się z nim drażnić, przekomarzać, a nawet sprzeczać. Uwielbiała, kiedy okazywał zazdrość. Czuła się wtedy taka ważna i kochana… Miała pewność, że zrobiłby dla niej wszystko. Zawsze spoglądali na siebie w Wielkiej Sali i posyłali sobie uśmiechy. Wychodzili na wieczorne spacery i rozmawiali o życiu… Myślała, że wie o nim wszystko. To uczucie wydawało się takie realistyczne, jak żadne inne. Wcześniej przez myśl by jej nie przeszło, że to tylko zakład… Potem jednak musiała przyjąć te obłudne kłamstwo do swojej świadomości.
-Hermiona, słuchasz mnie w ogóle?- spytał chłodno Gabriel.
Granger wyrwała się z zamyślenia. Widocznie chłopak się zdenerwował, skoro użył jej pełnego imienia. Przez tyle czasu nadal nie przywykła, że Gabe nazywa ją po imieniu. Malfoy zawsze wołał ją po nazwisku… Tak szelmowsko, przekornie, a zarazem strasznie słodko.
Skupiła na partnerze uwagę.
-Tak, jasne.- skłamała niepewnie.
-Tak więc co o tym sądzisz?- chciał sprawdzić wiedzę dziewczyny.
-Sądzę o czym?- wypaliła, zanim zdążyła ugryźć się w język.
-O wyprawie…- westchnął znużony, przeciskając się przez grupkę czarodziejów.- Herm, coś się stało? Zachowujesz się naprawdę niepokojąco.- chwycił ją za ramiona spoglądając w oczy.
Poczuła się bardzo niekomfortowo. W tym momencie przekroczył jej psychiczną barierę. Po spotkaniu z Draconem dotyk Gabriela spowodował u niej odrazę. Pragnęła, by jak najszybciej się odsunął. Ledwo co pohamowała wylew łez.
-Wszystko w porządku. Po prostu natłok wspomnień, ludzie… którzy mnie nie poznali…- odparła z lekka drżącym głosem.
-Chodzi o tego tlenionego?- spytał bez żadnych ogródek przyglądając się jej twarzy.
Spojrzała mu prosto w oczy. Tak bardzo pragnęła przestać tłumić w sobie emocje, wybuchnąć płaczem, wyżalić mu się i wtulić się w jego ramiona… Ale nie mogła. To zbyt wiele, dla niej, jak i dla Gabe’a. Musiała się jakoś opanować.
-Ah, on też mnie nie poznał, racja… I sekretarka mnie nie poznała… Nieważne, to nic takiego, naprawdę nic mi nie jest. Wracajmy już do mieszkania.- wysiliła się na lekki uśmiech.
Po chwili, ponownie przez sieć Fiuu, deportowali się do mieszkania. Hermiona była na skraju załamania nerwowego. Usiadła na kanapie chowając twarz w dłoniach.
Chciała zacząć tu wszystko od nowa. Jej mur, który budowała przez te lata zaczął się powoli kruszyć. Przeklinała w myślach los za to, że Dracon znowu pojawił się w jej życiu. Niemniej jednak obiecała sobie, że tym razem nie stchórzy i nie ucieknie. Poradzi sobie. Malfoy przecież nie wie, kim naprawdę jest i wcale nie musi się dowiedzieć. Ograniczy kontakty do minimum. Jakoś to będzie… Musi być.
Gabriel nie spuszczał wzroku z dziewczyny. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że go kłamie. Widział, w jakim była stanie. Miał też pojęcie, że jeśli Miona nie chce mu powiedzieć o swoich problemach, to mu tego zwyczajnie nie powie, nie ważne jakby naciskał. Tak więc wyszedł z mieszkania wystukując numer do Grace, najlepszej przyjaciółki Granger. Poprosił, aby przyszła do dziewczyny, gdyż dzieje się z nią coś złego. Sam zaś wybrał się do Hogsmeade na piwo kremowe.
Wtem czas Hermiona podążyła do sypialni. Malutkie wróbelki fruwały po pokoju i ścieliły jej łóżko. Jeden z kolei układał ubrania w szafie dziewczyny. Drugi natomiast posypał płatkami róż jej łoże. Wyciągnęła z buta różdżkę, po czym zamachnęła się kilka razy odprawiając wróbelki do salonu. Sama zaś rzuciwszy się na posłanie, wdała się w głośny szloch. Wtuliła twarz w mięciutką podusię.
Miała wszystkiego dość. Przestała radzić sobie z emocjami. Wystarczył jeden, krótki moment, by wywołać falę wspomnień i uczuć. Przepełniały ją różne odczucia. Z jednej strony była cholerne wściekła, za to, że Draco jej nie poznał. Co jak co, ale w końcu spędzali ze sobą mnóstwo czasu. Jak to możliwe, że nie zapamiętał Granger nad wyraz dobrze? Oburzenie kipiało z kobiety i powoli zaczynało brać górę nad rozsądkiem. Poderwała się z miejsca, ponownie wyciągając różdżkę. Otworzyła szufladę, zawzięcie czegoś szukając. Znalazła. Ruchoma fotografia, na której znajdowała się z Malfoyem na błoniach. Wisiała mu na szyi, skradając buziaka w policzek. Wypowiedziawszy „Wingardium Lewiosa”, rzuciła zdjęciem o ścianę. Ramka pękła w pół, przy czym słychać było odgłos łamanego patyka. Upadła na podłogę. Miona wydając z siebie skowyt wściekłego wilka, wymówiła zaklęcie. Fotografia podpaliła się. Buchały gorące płomienie. Hermiona ze zgrozą i rządzą mordu patrzyła na to „ognisko”.
Drzwi od sypialni otwarły się z takim hukiem i siłą, że aż przywarły do ściany. Granger aż podskoczyła. Zszokowana wbiła wzrok w przybyłą postać. W progu stała kobieta o figurze modelki, z krótkimi blond włosami, sięgającymi za ucho. Obijała różdżką o lewą dłoń. Przez przejrzystą, białą bluzkę z krótkim rękawkiem szło dostrzec stanik, w tej samej barwie. Obcisła, wykonana z śliskiego materiału, przylegająca do ciała spódnica, w identycznym kolorze, jak bielizna, kończyła się za kolanami. Wzrostu dodawały jej szpilki, o śniegowym zabarwieniu.
Jednym machnięciem różdżki ugasiła pożar. Pięknie umalowana kobieta, spojrzała karcąco na Hermionę spod mocno podkreślonych rzęs. Podeszła do niej i bez owijania w bawełnę wymierzyła siarczysty cios w policzek. Zapłakana Granger zawyła z bólu, odchylając głowę. Raptownie dotknęła obolałego miejsca usilnie je rozmasowując. Przeszyła blondynkę złowrogim spojrzeniem.
-Zwariowałaś?! Co ty tutaj robisz, Grace?!- wrzasnęła nieźle zirytowana.
Blondyna przekręciła swoimi szarawozielonymi oczami wzdychając głośno.
-Gabriel oświadczył mi, że coś jest z tobą nie tak. To chyba oczywiste, że przybyłam.- odparła z nutką rozżalenia.
Zrezygnowana Miona opadła bezwładnie na łóżko chowając twarz w dłoniach. Co ona wyprawiała? To niedorzeczne. Poczuła się taka bezsilna…
Grace spoczęła obok Granger. Przewiesiła rękę przez jej szyję i przytuliła kobietę do siebie. Pogładziła ją delikatnie po włosach, niczym niemowlę.
-Okej. A teraz powiedz, na Merlina, co jest grane?- zażądała wyjaśnień.
-Będę pracować razem z Malfoyem.- rozpłakała się jeszcze bardziej.
-Oh… To ten parszywy gnojek, który był z tobą dla zakładu?- Granger w odpowiedzi pokiwała twierdząco głową.- Biedactwo… Jak się zachował, gdy cię zobaczył?- spytała z zainteresowaniem.
-Nie poznał mnie!- wydukała gniewnie przez łzy.- Tyle czasu razem… Tyle chwil razem… A on mnie po prostu nie poznał!- wrzasnęła roztrzęsiona.
-Żartujesz? Co za idiota… Co zrobił jak się dowiedział, że to ty… Granger?- drążyła dalej.
-Nie dowiedział się… Powiedziałam mu, że jestem Jean…- odpowiedziała wyrywając się z uścisku dziewczyny.
Wyczarowała sobie chusteczkę, w którą wydmuchała nosek. Zdawała sobie sprawę z tego, że musiała wyglądać żałośnie.
-Dlaczego?- to brzmiało, jak oburzenie.
-Skołowało mnie… Nie byłam gotowa, na oficjalne spotkanie po latach z chłopakiem, który tak mnie upokorzył.- mruknęła niechętnie.
Grace podniosła się z posłania. Jej drobną twarzyczkę przyozdabiał promienny uśmiech. Położyła dłonie na biodrach. To znaczyło, że na coś wpadła.
-I bardzo dobrze, że tak zrobiłaś. Możesz to wykorzystać.- klasnęła w dłonie, przy czym przygryzła seksownie wargę.
-Ale jak? Co masz na myśli?- spytała z niezrozumieniem.
-Oh, Granger, Granger, Granger…- zanuciła przeskakując z nogi na nogę.- Skoro Malfoy nie wie, kim naprawdę jesteś, możesz się nieźle zabawić. Zrobisz to, co on zrobił kiedyś tobie. Rozkochasz go w sobie, do szaleństwa, a potem porzucisz.- oznajmiła dumnie.
Miona parsknęła śmiechem. Z początku wydawało jej się to niedorzeczne.
-Grace, nie zapomniałaś o czymś? Mam chłopaka.- przypomniała zerkając znacząco na przyjaciółkę.
-Oh, niby tak, ale on przecież za kilka dni wyruszy polować na smoki. Będziesz miała wolną rękę. A przede wszystkim, wolne mieszkanie.- po wypowiedzeniu ostatniego zdania, w którym kryło się ukryte znaczenie, blondynka dostała z poduszki w twarz.
-Przestań. To nie fair w stosunku do Gabriela.- zaparła się Granger.
-Miona, kto powiedział, że Draco zostanie twoim stałym kochankiem, albo narzeczonym? To będzie przelotna znajomość. Dasz mu nauczkę i tyle. To w ogóle nie dotyczy Gabe’a. Daj spokój, Granger, jesteś młoda. Masz prawo robić, co ci się żywnie podoba, a nie siedzieć na uwięzi, jak stara, zamężna baba.- wygłosiła swój przekonujący wywód.
Hermiona zawahała się. Nie chciała zranić Gabriela. Zależało jej na nim. Pragnęła pozostać mu wierną, a nie skakać z kwiatka na kwiatek. Wiedziała, że on nigdy jej nie skrzywdzi. Jednakże perspektywa zemsty na Malfoyu korciła ją do tego stopnia, że gotowa była odsunąć w kąt swoje zasady moralne. Może Grace miała rację? W końcu Gabe wyruszy w wyprawę…
Nie! To nie w jej stylu! Pozbawione skrupułów, dumy i honoru!
Ale za to jak kuszące… - szeptał jej mały diabełek w główce.
Zaklęła w duchu.
-Nie wiem, Grace… Boję się.- wystękała niepewnie.
-Czego? Wyrzutów sumienia? Uwierz, będziesz czuła tylko słodką satysfakcję.- kusiła ją Grace.
Herm była na skraju. Z ściskiem w żołądku spojrzała na przyjaciółkę.
-Dobra, zgadzam się. Ale jeśli coś przebiegnie niezgodnie z planem, to ty poniesiesz konsekwencje i to ty będziesz się płaszczyć przed Gabrielem.- pogroziła blondynie palcem.
-Okej, umowa stoi.- klasnęła w dłonie, wykonując drobny piruet.

W głębi duszy Miona czuła, że to nie jest najlepszy pomysł. Ale… Odegra drobne przedstawienie. Pokaże mu, co to prawdziwe cierpienie.